Natalia Kukulska: Pomaganie powinno być odruchem

Natalia Kukulska, gwiazda XI Koncertu Noworocznego, o tym dlaczego warto czynić dobro, ale też i o swoich wyborach artystycznych i życiowych.
9 stycznia 2020 roku

Jest Pani od lat zaangażowana w działania charytatywne. Co sprawia, że pomagamy innym?  

Pomaganie powinno być naturalnym odruchem. Jest wiele rzeczy, które robię i o których nie mówię, ale oczywiście jako osoba publiczna jestem zapraszana do różnych spektakularnych akcji charytatywnych i dobroczynnych. Choćbym bardzo chciała, nie jestem jednak w stanie sprostać każdej propozycji, mam też własne życie i dla mnie ważnym jest to, by skupić się na tych, którzy potrzebują mojej atencji, czyli moich dzieciach. Staram się oczywiście raz na jakiś czas poświęcać swój czas dla innych i dawać coś od siebie potrzebującym. Od lat jestem związana ze stowarzyszeniem SOS Wioski Dziecięce. Kiedyś byłam ambasadorką UNICEF, odwiedziłam wtedy Angolę, gdzie w ramach kampanii dobroczynnej budowano szkoły. Tych różnych, mniejszych i większych, akcji jest bardzo dużo, ale wtedy, kiedy są medialne, lubię jeśli idzie za nimi wartość artystyczna. Mam poczucie, że mój zawód może fantastycznie się skleić z ważną ideą.

natalia_kukulska-1
– Nie chciałam być nowym wcieleniem mojej mamy, choć wielu tego ode mnie oczekiwało – mówi Natalia Kukulska
fot. Zuza Krajewska

Była Pani dzieckiem, kiedy straciła mamę – miała Pani zaledwie cztery lata. Czy tamto bolesne doświadczenie jest jedną z przyczyn, że wspiera Pani tych, którzy tego wsparcia potrzebują? 

Moje zaangażowanie nie jest związane z tym, że straciłam mamę jako dziecko. Na pewno jednak zrozumiałam, że miałam dużo szczęścia, bo pomimo tego, że straciłam mamę, miałam wspaniały dom, który mi zapewnili moi najbliżsi. Wychowali mnie mój tata i moja babcia, dając mi bardzo dużo miłości. Dlatego często myślę, że ci, którzy tracą rodziców z różnych powodów – tragicznych zdarzeń, niewydolności wychowawczej, biedy, jakiegoś zła – nie mając jednocześnie w swoim otoczeniu kogoś bliskiego, kto im tę rodzinę zapewni, są naprawdę w strasznej sytuacji. Ja miałam naprawdę dużo szczęścia, a te dzieci, które nie mogą być z własnymi rodzicami lub ich stracili, często są zdane na łaskę nas, społeczeństwa, domów dziecka czy opieki. Dlatego chętnie i bardzo często wspieram te instytucje, z najgłębszego przekonania, że wiem, co straciły.

Jak zmieniło się Pani spojrzenie na świat po urodzeniu własnych dzieci – dwóch córek i syna?  

Syna urodziłam mając 24 lata, więc dość wcześnie jak na dzisiejsze czasy. W dodatku wtedy, kiedy bardzo intensywnie i dużo się działo w moim życiu zawodowym. Szczyt mojej popularności jako piosenkarki przypadał na koniec lat 90., syna urodziłam w 2000 roku. Pyta pani, co się zmieniło w moim życiu… Macierzyństwo powoduje, że stajemy się mniejszymi egoistami, egocentrykami. Świat już się nie kręci wokół nas i naszych potrzeb. Najważniejsze są potrzeby tej małej istoty, która jest jeszcze nieukształtowana, niezaradna i trzeba jej wszystko zapewnić. Mnie macierzyństwo dało wiele szczęścia. Byłam na nie gotowa i bardzo go wyczekiwałam. To nie był jakiś przypadek czy zrządzenie losu. Moje dzieci są w tak dużej rozpiętości wiekowej – jedna córka ma 14 lat, a druga 3 – że mam co robić. Jestem mamą na pełnym etacie. Przy najmłodszej córeczce pomaga mi niania, ale staram się być bliska i świadoma tego, co się dzieje w życiu każdego mojego dziecka. A u każdego dzieje się coś innego, każde ma inne potrzeby i różne troski. Ale to jest cudowne wzbogacenie życia i jestem szczęśliwa, że tak się potoczył los, że mam aż troje dzieci. Często nawet nie mogę się nacieszyć tą sytuacją, choć bywa naprawdę niełatwo z codzienną rutyną.

Studiowała Pani filozofię, ale ostatecznie wybrała muzykę. Ta pierwsza kojarzy się z dyscypliną intelektualną, ta druga z pewną dezynwolturą wpisaną w sztukę. Co jednak oba te obszary ludzkiej aktywności wniosły w Pani życie, emocje i rozwój intelektualny?

Te dwie dziedziny bardzo się ze sobą łączą i uzupełniają, bo po pierwsze w obydwu potrzebna jest kreatywność, tak w myśleniu, jak i w tworzeniu.
Studiowanie filozofii było znakomitym kontrapunktem do mojego zawodu, w którym jest dużo blichtru i skoncentrowania na własnym ego. Dawało mi to poczucie harmonii, pewność, że robię coś dla swojej sfery intelektualnej. Uwielbiam do niej wracać.
Przyznam, że tak dużo się dzieje w moim życiu zawodowym i rodzinnym, że często odczuwam rodzaj głodu – chciałabym móc więcej poczytać, przemyśleć, wejść w dyskusje. Brakuje mi tego bardzo, chociaż na szczęście mój zawód prowokuje spotkania z tak ciekawymi ludźmi, że jest wiele pretekstów do tego, by się od nich uczyć i móc się wciąż rozwijać.

natalia_kukulska-3
– Czynienie dobra jest dla mnie czymś naturalnym – podkreśla wokalistka
fot. Zuza Krajewska

Jak, dzięki studiom filozoficznym, określiłaby Pani istotę dobra i znaczenie czynienia dobra?

Święty Augustyn pisał, że dobro to jest to, co jest, a zło jest brakiem dobra. Myślę, że rzeczywiście tak jest, że nasza natura z gruntu jest dobra, ale wiele rzeczy powoduje, że wkracza do nas zło, że psujemy się w jakimś sensie. Na szczęście w naturze jest to, że jesteśmy w stanie się naprawiać czy nawracać. Człowiek, który ma trudne doświadczenia, inaczej patrzy na świat. Jego psychika zmienia się. Dlatego tak niezwykle ważna jest wiara w człowieka i wybaczanie. A czynienie dobra dla mnie jest czymś bardzo naturalnym. Oczywiście mam również mnóstwo pokus i popełniam wiele błędów, ale mam poczucie, że jeśli dobrze żyję, staram się, daję dobro z siebie to ono do mnie wraca. Mamy czasem poczucie, że nie ma sprawiedliwości, że przegrywają ludzie, którzy niosą pomoc, a ci, którzy psują świat mają więcej szczęścia, ale wydaje mi się, że gdzieś w tym wszystkim jest jakiś rodzaj zamysłu boskiego, że czasami dostajemy tyle, ile jesteśmy w stanie znieść, chociaż jest to trudne do zrozumienia. Jakby jednak się nie zastanawiać, ja po prostu widzę, że czynienie dobra daje efekty. I nie zapominajmy, że kiedy pomagamy innym, mamy poczucie, że jesteśmy potrzebni. To jest niezwykle ważne, człowiek musi czuć, że nie jest tylko sam dla siebie.

Długo zastanawiała się Pani nad udziałem w Koncercie Noworocznym Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, którego głównym celem, oprócz radości z obcowania ze sztuką, jest pomoc podopiecznym hospicjum dla dzieci?

Nie zastanawiałam się długo. Jak już mówiłam, cieszę się, jak zazębiają się dwie rzeczy – sztuka i czynienie dobra. Na tym koncercie muzyka idzie z pomocą. Ja mogę postarać się zagrać jak najlepszy koncert, ale też dzięki temu koncertowi wiem, że możemy pomóc hospicjum.
Mam nadzieję, że uda nam się rzeczywiście uzbierać kwotę, która wesprze dzieci potrzebujące. Hospicjum jest dla mnie niezwykłym miejscem. Bardzo podziwiam wolontariuszy, ludzi, którzy tam pracują i opiekują się chorymi.
To nie jest łatwe, przede wszystkim od strony emocjonalnej, ale też jest to tak ważne, by otaczać opieką i miłością, osoby, które często są na granicy życia i śmierci przez choroby, które do nich przyszły. Warto, by te miejsca były jak najpiękniejsze, jak najcieplejsze, żeby zawsze dawały nadzieję, a do tego potrzebni są ludzie gotowi tę nadzieję nieść. I do tego potrzebni jesteśmy my, pomagając jednostkom, które są w stanie działać w takich miejscach jak hospicjum.

Jest Pani dzieckiem muzyki – mama Anna Jantar była świetną piosenkarką, tato Jarosław Kukulski był cenionym kompozytorem, bez którego nie ma historii polskiej piosenki. Jak z takim dziedzictwem dojrzewała Pani do własnego języka artystycznego? Przejście od „Puszka Okruszka”, który sprawił, że była Pani sławna już jako dziecko, do „Halo, tu ziemia” to droga tyleż konsekwentna, co długa. 

Oczywiście długa, bo już trochę mam lat, ale tak na poważnie musiało minąć trochę czasu, musiałam nagrać kilka płyt, zanim usłyszałam własny język muzyczny i liryczny – od kilku płyt jestem też autorką tekstów. Tworzę moje piosenki, zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym, bo często jestem współkompozytorką. Produkcją też zajmuję się sama, zazwyczaj w teamie z moim mężem czy muzykami. W każdym razie świadomość własnego języka przyszła po jakimś czasie, bo naprawdę miałam bardzo dużo obciążeń. Zawsze byłam porównywana do mamy, chociaż jestem oddzielną jednostką. Musiałam więc być bardzo konsekwentna i twarda, żeby dyktować własne warunki i nie pójść drogą, jakiej oczekują inni. Bo rzeczywiście było oczekiwanie, że w jakimś sensie stanę się drugą Anną Jantar.

natalia_kukulska-5
– Nie chcę w kółko wykonywać najbardziej popularnych utworów – nie kryje artystka
fot. Zuza Krajewska

Nie miała Pani takiej pokusy?

Nigdy, zresztą pierwsza piosenka, którą nagrałam z głosem mojej mamy – „Tyle słońca” – znalazła się dopiero na mojej trzeciej solowej płycie. Później nagrałam kilka jej utworów, zwykle z jakichś specjalnych okazji. Powstał koncert, na jednym śpiewałam, na drugim byłam bardziej organizatorem i pomysłodawcą. Chciałam zamknąć ten rodzaj pokłonu dla moich rodziców, bo przecież nie sposób żyć czyimś życiem i nawet jeśli oczekują tego inni, to nie mogę się temu dać sprowokować. Mam silny imperatyw, by zrobić coś własnego  i wydaje mi się, że teraz jest świetny czas, twórczy, kiedy mam mnóstwo pomysłów, fajnych ludzi wokół siebie i cieszę się tym, co mogę tworzyć i poczuciem, że się rozwijam. Gdybym miała kierować się oczekiwaniami innych i gustem większości, to prawdopodobnie nie rozwijałabym się, tylko byłabym więźniem jednego wielkiego przeboju np. „Im więcej ciebie, tym mniej” i próbowałabym za każdym razem zrobić coś na jego miarę. A przecież on już miał swój czas. Nie chcę w kółko wykonywać  kilku najbardziej popularnych utworów. Takie myślenie nie jest w zgodzie z moją naturą... Mam w sobie i dużo spontaniczności, głodu artystycznego… Czy to brak pokory, czy właśnie jest to pokorą, że staram się w sobie szukać czegoś nowego, ciekawego i mieć poczucie, że nie stoję w miejscu i się rozwijam. Przede mną kolejne nowe projekty, na które już się nie mogę doczekać i mam nadzieję, że każdy z nich znajdzie swoją publiczność.

Od „Piosenki światłoczułej” do „Halo, tu Ziemia” przeszła Pani drogę, w której młoda dziewczyna stała się świadomą siebie artystką, ja bym jednak chciała zapytać o inspiracje w tym dojrzewaniu? Zarówno wokalne, jak i muzyczne.  

Wokalnie przeszłam dość ciekawą drogę. Moje pierwsze śpiewanie było spontaniczne. Jak większość nastolatek uczyłam się słuchając różnych ukochanych wokalistek, inspirując się ich głosem i warsztatem. Kiedy przyszedł intensywny czas pracy, wręcz wyczynowy, z dużą liczbą koncertów, zaczęłam mieć problemy z głosem. I dopiero wtedy zainteresowałam się techniką i emisją. Uciekając przed stagnacją i szukając nowych inspiracji i świadomości, wyjechaliśmy z mężem do Stanów Zjednoczonych do Musicians Institute w Los Angeles. Tam przez trzy miesiące uczyliśmy się różnych technik i weryfikowaliśmy swoje umiejętności. Bardzo mi to dużo dało. Otworzyło mnie to, ale też dało dużo odwagi. Pewne rzeczy ze swojego starego głosu lubię, pewnych nie mogę słuchać, ale nadal mam poczucie, że jeszcze jest wiele przede mną do nauczenia. Cały czas potrzebuję wyzwań wokalnych. Przede mną kolejne, bardzo poważne wyzwanie, jeszcze za wcześnie, by zdradzać szczegóły, ale znowu będzie to pretekst do nauki.

Mówi Pani o warsztacie, a co z inspiracjami?

Od początku kierowałam się tym, co mnie kręciło, pewnie były w tym też jakieś mody, którym ulegałam. Pamiętam, że kiedy wychodziłam ze swoją pierwszą płytą „Światło”, to muzyka soulowa była u nas pionierska. Nie było wielu wykonawców, którzy zapuszczali się w takie rejony. Na scenie muzycznej królował zawsze rock i punk rock. Teraz to się zmieniło, ale za to ja już z półki pod tytułem r’n’b wyszłam. Eksperymentuję z elektroniką, nowymi brzmieniami. Słucham bardzo różnej muzyki. Staram się mieć otwartą głowę, bo to mnie rozwija. W wielu gatunkach, które z pozoru by mnie nie interesowały, jestem w stanie docenić to co dobre i czymś się zainspirować. Słucham więc od jazzu poprzez elektronikę, nowe brzmienia, soul, po muzykę symfoniczną, filmową. We wszystkim są elementy, które sprawiają, że coś mnie pociąga. Muzyka jest cudownym lekarstwem na wszystko. Potrafi fantastycznie człowiekowi pomagać, zmieniać nastrój, więc bardzo jej się trzymam w życiu.

natalia_kukulska-2
– Jestem mamą na pełnym etacie – uśmiecha się Natalia Kukulska
fot. Zuza Krajewska

W swoich tekstach mierzy się Pani z wyzwaniami współczesnego świata, konsumpcją, blichtrem, pokazując, że piosenki nie muszą być tylko o miłości. Czy te utwory i słowa dojrzewają w Pani, czy powstają pod wpływem impulsu? 

Bardzo trudno jest mi pisać piosenki miłosne, chociaż mi się zdarzają. Jest tyle fajnych tematów, które są inspirujące do tekstu, zwłaszcza, że muzyka bywa bardzo różna. Każda piosenka związana jest z innymi emocjami. A na płycie „Halo, tu Ziemia” jest ich wiele i rzeczywiście są różne. Piosenka „Rekonstrukcja” opowiada o maskowaniu objawów zmiany, starzenia się, o fasadowym traktowaniu naszego życia. Piosenka tytułowa – pyta o to, na ile mamy wpływ na świat, na rzeczywistość czy nasze życie jest zdeterminowane, czy też możemy je zmieniać. Bo może jest tak, że co byśmy sobie tutaj nie robili, to i tak ktoś z góry ma na nas plan? Jest piosenka proekologiczna, która opowiada, że podcinamy gałąź, na której siedzimy, ale wszystko jest jeszcze w naszych rękach.

Piosenka zaangażowana?

Nie lubię piosenek pouczających, ale ona rzeczywiście ma w sobie taką treść. Nosi tytuł „Ostatnia prosta” i nawołuje do tego, żebyśmy się opamiętali. Śpiewam to też sama do siebie, bo to jest bardzo trudny temat. Musimy jako cywilizacja i jako społeczeństwo uporządkować to życie na Ziemi, żeby dać szansę kolejnym pokoleniom. Myślimy tylko o tym, co tu i teraz, a konsekwencje przyjdą później i będą bardzo groźne. Tematy, jakie poruszam na tej płycie, są bardzo różne. Jest na przykład piosenka, która jest swoistym dialogiem z Bogiem, rozmową o sposobach wyznawania, o tym, co tak naprawdę Bogu jest potrzebne. Mierzyłam się z tym tematem bardzo długo i ze strachem, aż odważyłam się ponazywać swoje wątpliwości w tekście piosenki. Z kolei piosenki z poprzedniej płyty „Ósmy plan” są bardzo osobiste. Mierzyłam się w nich z odejściem osoby bliskiej, ze stratą. Mamy w życiu bilet w jedną stronę i nie ma dla nas ulgowych miejsc… Trudno jest napisać piosenkę, która byłaby jakimś rodzajem pocieszenia, ale dzięki muzyce można się wypłakać, można się naskarżyć, bo to jest wspaniały środek przekazu. Jak widać teksty są bardzo różne, ale sprawia mi wielką satysfakcję, jeśli są ludzie, którzy się z nimi  identyfikują, dlatego staram się je pisać samodzielnie. A czy powstają pod wpływem impulsu? Czasami tak wyraźne płyną z muzyki emocje, że temat sam się wkrada i łatwo pisze. Wtedy idzie szybko. A czasami jest to bardzo żmudna praca, polegająca na układaniu słownych puzzli i łapaniu emocji i skojarzeń. Satysfakcja jednak wynagradza te wszystkie trudy i starania.

Płyty, nagrody, ale też uczestnictwo w jury programu Voice of Poland – czy to już jest moment, kiedy artysta staje się klasykiem?

Klasykiem? W życiu! Za dużo mam przekory w sobie. Wciąż nie uważam, że to co zrobiłam, już mnie w stu procentach definiuje. Mam ochotę na więcej i ciekawa jestem, czy przyjdzie taki moment, że uznam, iż w zasadzie to już powiedziałam wszystko, co chcę. Przecież zawsze można połączyć się z innymi artystami, którzy odkryją w tobie coś nowego i to jest fantastyczne. Dla mnie muzyka jest studnią bez dna, z której można czerpać w nieskończoność. A co do odbioru utworów… Myślę, że musi jeszcze minąć sporo czasu, zanim one osiądą i staną się klasykiem. I trudno powiedzieć czy wyrokować, co się stanie. To jest fascynujące w moim zawodzie, że tak wiele rzeczy jest nieprzewidywalnych. Nie da się zaprogramować kariery do końca. Nie da się wymyślić tego, co się stanie przebojem. Na piątej solowej płycie z 2003 roku nagrałam piosenkę „Decymy”. Była średnio grana przez radia. Ale stała się w jakimś sensie klasykiem, bo jest dla wielu osób kultowa. Mam bardzo duży odezw od ludzi, jak jest dla nich ważna, ile razy jej tekst pomógł im w życiu. Wiem, że różni artyści śpiewają ten utwór na swoich koncertach. I to jest bardzo fajny moment w życiu zawodowym, kiedy po czasie dowiadujesz się, że coś twojego jest dla innych ważne. Trzeba więc robić swoje, najlepiej jak się potrafi. I nie ma się co zastanawiać nad tym, czy to będzie hitem, czy stanie się klasykiem, bo kompletnie nie mamy na to wpływu. Mamy wpływ tylko na nasze podejście do tego, co robimy. Więc róbmy to dobrze i z pasją.

rozmawiała Katarzyna Kaczorowska