Prof. Wiatkowski: – Czas zacząć dbać o wodę

Prof. Mirosław Wiatkowski, dyrektor Instytutu Inżynierii Środowiska o suszy i wodzie, o tym, jak nauka może pomóc decydentom i co może zrobić każdy z nas, by chronić zasoby wodne.
  15 lipca 2019 roku

Czy decydenci chcą słuchać naukowców?

Myślę, że tak. I to trzeba powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. Samorząd dzisiaj, w obliczu tego co się dzieje w środowisku przyrodniczym, ale i w obszarze inwestycji, nie może i nie jest w stanie opierać się tylko na sobie. Potrzebuje ekspertyz, opracowań, stałego monitoringu zmian zachodzących w środowisku przyrodniczym. Podczas czerwcowej debaty na Kongresie Regionów we Wrocławiu, w której uczestniczyłem, podałem przykład Niemiec – tam budowę zbiornika wodnego poprzedzają kilkuletnie badania hydrologiczne i jakości wody, sprawdzające stany wody, przepływy i zanieczyszczenie. Dopiero mając takie badania można cokolwiek powiedzieć o racjonalności inwestycji, przedstawić odpowiednią koncepcję zbiornika i uzasadnienie dla całej inwestycji. Tak należy także postępować w przypadku innych inwestycji. Zawsze musimy mieć przed sobą okres przynajmniej kilkudziesięciu lat jej funkcjonowania. Może więc należy to dobitniej podkreślić, że bez naukowców nie da się dziś racjonalnie gospodarować wodami, choć na szczęście świadomość samorządowców rośnie. Ja mogę wymienić nasz Instytut Inżynierii Środowiska, który włącza się w tego typu działania, jak choćby opracowanie wytycznych dla przepływów środowiskowych w ciekach, programów małej retencji, koncepcji zbiorników wodnych, czy też katalogu dobrych praktyk zagospodarowania wód opadowych z powierzchni pasów drogowych w miastach. Są to przeróżne zlecenia, w tym od samorządowców, np. od gminy Wrocław.

prof_wiatkowski-1
Prof. Mirosław Wiatkowski: – Mamy suszę, ale o wodę powinniśmy dbać nie tylko w stanie klęski żywiołowej
fot. Tomasz Lewandowski

Wspomniał Pan o dobrych praktykach, a w ostatnich tygodniach nie tylko media społecznościowe, ale także tradycyjne, dosłownie zostały zalane zdjęciami polskich miast. Betonoza – tak nazwano rewitalizacje rynków i placów, z których zniknęły drzewa i zieleń.

Widziałem te zdjęcia. Rzeczywiście to problem nie tylko braku wyobraźni. Na obszarach rolniczych, leśnych obszary retencyjne po prostu widać gołym okiem, bo wystarczy spojrzeć na pola czy łąki. Natomiast tereny zurbanizowane są często uszczelnione. Zrobiliśmy tak, żeby żyło się wygodniej, ale uszczelniliśmy je tak, że zapomnieliśmy – czasami o niewielkim – wydatku, który by pozwolił na swobodne wsiąkanie wody w podłoże, np. na trawnikach. Ba, umknęły nam rozwiązania, które pozwoliłyby na zagospodarowywać opady.

To znaczy?

Przecież gmina wydając zgodę inwestorowi na budowę marketu, czy fabryki, jakiejkolwiek inwestycji, stawiając wymagania dotyczące dróg dojazdowych, może postawić jeszcze jeden warunek.

woda-4
fot. Shutterstock


Jaki?

Budowę podziemnego zbiornika pod parkingiem. Tak robią Austriacy, Niemcy, dlaczego nie mielibyśmy robić i my? Jeśli uszczelniłem cały parking, to powinienem zadbać także o to, żeby jakoś tę wodę opadową zgromadzić i wykorzystać, np. podlać wszystkie trawniki wokół marketu. To spowoduje oszczędności wody z sieci wodociągowej. Stadion Miejski we Wrocławiu ma takie zbiorniki – wodę z nich wykorzystuje się do obsługi toalet.


Studenci, którzy w przyszłości będą specjalistami z zakresu inżynierii i gospodarki wodnej już to wiedzą?

Nasza uczelnia jako jedyna uczelnia od Krakowa do Poznania kształci na kierunku inżynieria i gospodarka wodna, gdzie tematyka zasobów wodnych, ich gromadzenia, ochrony jest bardzo szczegółowo omawiana. Program tego kierunku jest bardzo ciekawy i atrakcyjny. Uważam także, że w obliczu tego co się dzieje w środowisku przyrodniczym, z ekstremalnymi zjawiskami hydrologicznymi, bardzo pożądany. Kształcimy także na kierunkach bardzo ściśle związanych z wodą, jak inżynieria środowiska i tu posiadamy także „specjalności wodne”. Uczymy zagospodarowania wód opadowych, budownictwa hydrotechnicznego, obliczeń hydrologicznych i hydrogeologicznych a także ochrony zasobów wodnych. Przekazujemy także studentom proekologiczne rozwiązania w zakresie gospodarki wodnej, jak zbiorniki wstępne czy przepławki dla ryb. Naszą wiedzę cały czas wzbogacamy, żeby jak najlepiej ją przekazać.
Ja o naszych studentów się nie boję, bo wiem, że opuszczą mury uczelni rzetelnie przygotowani do zawodu, z pełną świadomością wyzwań, jakie na nich czekają i jakim będą musieli sprostać.
Oczywiście w gospodarce wodnej jest jeszcze wiele do zrobienia i to oni będą już niedługo podejmowali decyzje dla przyszłych pokoleń. Martwię się także o to, żeby współpraca praktyki z nauką w obszarze gospodarki wodnej szła w dobrym kierunku.

kogres_regionow-2
Debata o wodzie podczas ostatniego Kongresu Regionów we Wrocławiu – jednym z gości był prof. Wiatkowski
fot. materiały prasowe


Co to znaczy w kontekście tego, że mówił Pan, że decydenci nie poradzą sobie bez nauki.

I podtrzymuję te słowa. Ale nie oznacza to, że wszyscy nas słuchają.

Dlaczego?

Dlatego, że w gospodarce wodnej jest za mało pieniędzy. One się co prawda pojawiają np. podczas powodzi i suszy. Zawsze krótko po powodzi mamy wzmożenie planowo-inwestycyjne w gospodarce wodnej, ale po jakimś czasie mija strach i już wzmożenie nie jest takie intensywne. Podobnie z suszą. Teraz zmagamy się z tym zjawiskiem, ale musi to być działanie długofalowe. W ogóle w gospodarce wodnej musimy patrzeć daleko w przyszłość.

Przecież w Skierniewicach ogłoszono stan klęski. Miasto nie ma wody, która dowożona jest beczkowozami.

A wystarczyłoby brać przykład z Niemiec i sprawdzić programy, jakie tam realizują. Spędziłem u naszych zachodnich sąsiadów wiele lat na stażach i praktykach. I tam kontakt uczelni z praktyką wygląda inaczej, np. uczelnia realizuje projekty dla tzw. Zarządu Zlewni. Prowadzi badania wód cieków i zbiorników wodnych, prowadzi swoistego rodzaju monitoring wód, analizuje dane i przedstawia zalecenia co zrobić żeby było lepiej. Dzięki temu instytucja wie, co dzieje się na zbiorniku i w zlewni, jakie środki przedsięwziąć, żeby jakość wody była lepsza, żeby generalnie gospodarka wodna na tym zbiorniku była lepsza. U nas to wszystko robi się zbyt wolno, za mało, ale studentom powtarzam „czekajcie, za parę lat naprawdę będzie zapotrzebowanie na specjalistów od gospodarki wodnej, a już od zbiorników na pewno”. Bo na razie temat budowy zbiorników w Polsce jest trudny.

Ja bym powiedziała, że ścierają się rożne koncepcje: budować duże, czy raczej mniejsze, ale za to więcej. Jakie dobre praktyki wprowadziłby Pan od razu?

Jestem zwolennikiem kształtowania zasobów wodnych, zwiększania tych zasobów poprzez budowę zbiorników, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich elementów, w tym oddziaływania na środowisko. Musimy sobie oczywiście zadać pytanie, dla jakiego celu budujemy te zbiorniki? Jeśli chcemy mieć większe zasoby wody do picia, to zwykle myślimy o wodach podziemnych, ale na przykład Wrocław wykorzystuje także wodę powierzchniową, z rzeki Oławy, a fachowcy z Miejskiego Przedsiębiorstwa Wody i Kanalizacji mówią wprost – z roku na rok maleje ilość wody w tej rzece. Tę sytuację może poprawić budowanie zbiorników. Tak przecież jest w Jeleniej Górze, która zaopatruje się w wodę dzięki zbiornikowi Sosnówka. Ale możemy też promować postawy, które są pożądane nie tylko z punktu widzenia ochrony środowiska.

Czyli?

Wrocławskie MPWiK ogłosiło właśnie konkurs – nagrodą są darmowe beczki na deszczówkę. Jedna taka beczka kosztuje 5 tysięcy złotych, więc w budżecie domowym jest to znaczny wydatek. Ale jednocześnie na działce rekreacyjnej czy przydomowej oznacza ona ogromną, wymierzalną w konkretnych hektolitrach i złotych ilość  wody, której nie pobraliśmy z sieci wodociągowej. Jeśli na działce nie chcemy beczki, to poprowadźmy od rynny z dachu rurę perforowaną – w ten sposób rozsączymy wodę po większej powierzchni. Tym samym będzie ona dłużej w środowisku i jej obecność odczują nie tylko rośliny, ale też i my.

kogres_regionow-1
Podczas debaty dyskutowano m.in. o tym, jak można i należy chronić zasoby wodne w Polsce
fot. materiały prasowe

Rozumiemy znaczenie wody dla życia?

Tak, ale jednocześnie im bardziej zajmujemy się wodą, tym większą jest ona dla nas zagadką. Ja dorastałem w czasach, kiedy były dwumetrowe zaspy śniegu, ludzi, którzy podążali chodnikami nie mogłem zza takiej zaspy zobaczyć. Jak przychodziły roztopy, to na podwórzu odgarniano łachy topniejącego śniegu, a dzisiaj generalnie nie tej wody roztopowej wody  w środowiska brak, ponieważ nie ma pokrywy śnieżnej. Wystarczy spacer nad rzekę, żeby zobaczyć, że lustro wody jest nisko położone. A jak jeszcze mamy upały z temperaturą powietrza w okolicach 30 stopni i więcej to jest jasne, że wody parują…

Każda nasza ingerencja w środowisko wywołuje efekt domina, z którego skutków zdajemy sobie sprawę, jak już jest za późno? Nie wiemy przecież, że wycinanie lasów na południu Polski czy betonowanie tam koryt rzek oznacza suszę na północy.

Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z charakteru zlewniowego naszych rzek. Rzeczywiście robiąc coś w górze zlewni rzeki Odry albo jej dopływów, oddziałujemy na to, co jest na północy. Uszczelniając teren, powinniśmy wiedzieć, że ta woda szybko odpłynie bezpowrotnie do morza. Bo czym są zasoby wodne? Przeciętny Polak zdaje sobie zapewne sprawę, że mamy je niższe niż Egipt. Podobnie jak porównamy taki wskaźnik jak odpływ jednostkowy dla Polski, np. z Niemcami, to się okaże jest on o wiele niższy.

Z czego wynika ta różnica?

Przede wszystkim z retencyjności obszaru. W Erzgebierge w Saksonii wybudowano zbiorniki, z których czerpana jest też woda do spożycia. Piękne są te zbiorniki, powstałe jeszcze w czasach NRD, i są świetnie utrzymane. Nasi sąsiedzi podejmują wysiłek, żeby były one odpowiednio eksploatowane zarówno pod względem ilości wody, ale i jej jakości. Chociaż, jak ktoś przejeżdża koło miejscowości Bautzen (przy przekroczeniu granicy w Görlitz) to zauważy zbiornik wodny, który jednak zmaga się w dalszym ciągu z problemami eutrofizacji, choć podejmowane były różnorodne wysiłki dla jego uzdrowienia.

Po powodzi w 1997 roku pojawiły się z jednej strony głosy, że należy uregulować rzeki i podnieść wały, z drugiej zaś, że nadmierna regulacja niesie niebezpieczeństwo, a wezbrana woda musi się rozlać. Jak pogodzić interes człowieka, który wybudował sobie dom nad rzeką z dobrem ogólnym i prawami  przyrody?

Wiem, że są różne opinie, sam ostatnio przejrzałem raport o gospodarce wodnej przygotowany przez środowiska ekologiczne. I powiem tak: z wieloma rzeczami się zgadzam, z wieloma bym polemizował. Kluczowe dla nas powinno być to, że na ziemiach zachodnich w 1903 roku wystąpiła wielka powódź, po której zapadła decyzja o budowie wałów przeciwpowodziowych.  Powstały one w 1907 roku i one muszą funkcjonować. Możemy je rozbudowywać korzystając z nowoczesnych materiałów, jak geowłókniny, możemy obsiewać ich skarpy od strony wody, jak i z drugiej strony mieszankami traw, tworzyć ścieżki rowerowe na ich koronie, ale nie możemy ich zburzyć. Po prostu z nimi żyje się ludziom bezpieczniej. Oczywiście musimy wracać do pomysłu uruchomienia polderów przeciwpowodziowych w dolinie rzek.

Nie rozumiem.

Woda potrzebuje powierzchni, więc stwórzmy odpowiednie przepisy i w przypadku powodzi pozwólmy wodzie, powyżej ważnych dla nas  miejscowości, wlać się na polder. W województwie opolskim jest ich osiem, Wrocław ma ich trzy.
Byłem w Ingolstadt i widziałem jak wygląda zabezpieczenie tego miast położonego na Dunaju – przed miastem wykonano tzw. poldery. Kiedy stany wód Dunaju wzrastają, część wody wpuszcza się na ten polder. Jeśli wody rzeki dalej przybierają, to dalej położony jest następny obniżony teren, który także przyjmie część wód.
Ponadto Ingolstadt jest także zabezpieczony wałami, które spełniają swoją rolę, chronią mieszkańców i dobytek, m.in. fabrykę Volkswagena i rafinerie. Wyznaczmy więc – tam gdzie można – tereny pod poldery, ale także budujmy zbiorniki. Proste?

Chyba tak.

A wcale, że nie. Ktoś musi dać tereny na poldery, a to oznacza, że ich nie sprzeda, a więc nie zarobi. Rolnik też nie wpuści wody na swoje pola, ponieważ tam prowadzi produkcję roślinną. Wyjątkiem jest sytuacja ogłoszenia stanu klęski żywiołowej. Właściciel terenu, na który chcielibyśmy wpuścić wodę, powinien dostać za to pieniążki. Wtedy spowodowalibyśmy zmniejszenie skutków powodzi, ochronilibyśmy taki Wrocław i takie Opole. Zresztą jest znacznie więcej kwestii do rozwiązania, zwłaszcza posadowienia budynków na terenach zalewowych

zapora
fot. Shutterstock

To niech Pan powie, czy rzeczywiście jesteśmy w okresie stepowienia Polski, grozi nam susza i kompletny brak wody?

Klimatyczny bilans wodny na części obszaru kraju jest ujemny. Mamy więc suszę. O ile sumy opadów rocznych mamy w dalszym ciągu niezłe, to jednocześnie opady te spadają nagle, szybko i nie potrafimy ich zatrzymać na dłużej. Dlatego uważam, że musimy budować zbiorniki wodne – mądrze, ze świadomością, że nie tylko chronią przed powodzią, ale też zabezpieczają na wypadek suszy. W środowisku wysoko zurbanizowanym, a w takim żyje większość z nas, musimy wodzie pomóc, odpowiednio ją pokierować, przetrzymać ją, oddać. Zbiorniki mogą spełniać też funkcje rekreacyjne. A tym, którzy powiedzą mi, że inwestycje hydrotechniczne niszczą roślinność, odpowiem anegdotą: mój kolega biolog mówił mi: „wał wybudujesz i zniszczysz roślinkę”. Badania przeprowadzone po jakimś czasie od zakończenia budowy wału wykazały, że roślinka pojawiła się na zawalu. Poradziła sobie.
rozmawiała Katarzyna Kaczorowska