Prof. Górski: – Bez etyki ani rusz

Prof. Andrzej Górski z Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN i przewodniczący Komisji ds. Etyki w Nauce o tym, dlaczego polskie uczelnie powinny wprowadzić regulaminy dotyczące kwestii etycznych.
23 kwietnia 2019 roku

W związku z nową ustawą o szkolnictwie wyższym postuluje Pan kształcenie z etyki naukowca zarówno studentów, jak i pracowników naukowych. Czy etyki naprawdę trzeba uczyć?

– Jak wiadomo, istnieje Kodeks Etyki Pracownika Naukowego, który obowiązuje wszystkich pracowników nauki. Kodeks ten jest bardzo zwięzłym przedstawieniem zasad, na jakich opiera się etyka w nauce (EN), nie wchodząc oczywiście w szczegóły. Jednakże przy realizacji pracy badawczej nieustannie pojawiają się szczegółowe, konkretne problemy i dylematy, o których za chwilę opowiem. Skąd zatem student czy absolwent uczelni ma czerpać wiedzę, jak je rozwiązać, skoro mu tego nie przedstawiono? Myślę, że większość zgłaszanych naruszeń EN wynika nie tyle ze złej woli, lecz z braku odpowiedniej wiedzy.

prof_andrzej_gorski-2
fot. Tomasz Lewandowski

Zatem Kodeks nie wystarczy?

– Jak wspomniałem wyżej, jestem przekonany, że nie wystarczy. Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym niezwykle wysoko plasuje znaczenie EN już na samym jej wstępie stwierdzając, że każdy uczony ponosi odpowiedzialność za jakość prowadzonych badań. Artykuł 3. w punkcie 2. mówi jasno: „System szkolnictwa wyższego i nauki funkcjonuje z poszanowaniem standardów międzynarodowych, zasad etycznych i dobrych praktyk w zakresie kształcenia  i działalności naukowej…”. Nie ulega więc wątpliwości, że nowa ustawa de facto zobowiązuje wyższe uczelnie i placówki naukowe do podjęcia działań, które pozwoliłyby wypracować wysokie standardy etyczne działalności naukowej. O znaczeniu tego zapisu najlepiej chyba świadczy także fakt, że w poprzednia ustawa w ogóle się tą kwestią nie zajmowała. Wracając do przywołanego przeze mnie artykułu, dalej mówi on, że system szkolnictwa wyższego i nauki funkcjonuje z poszanowaniem standardów dobrych praktyk w zakresie kształcenia i działalności naukowej. Te dobre praktyki są szczegółowo określone w renomowanych ośrodkach naukowych Europy i USA, natomiast według mojej wiedzy u nas jeszcze tak nie jest.

Naprawdę tak trudno jest je ustalić?

Każde novum bywa przyjmowane niechętnie, poza tym – jak wspomniałem – w poprzedniej ustawie nawet nie użyto słowa „etyka”, zatem brakowało też, nazwijmy to, bodźców ustawodawczych – obecnie jednak są one i to wyrażone dobitnie. Powtórzę zatem, że nowa ustawa zobowiązuje uczelnie do wprowadzenia odpowiednich zasad EN – i pod tym względem odstajemy od np. uniwersytetu wiedeńskiego czy sztokholmskiego, nie wspominając o Harvardzie, co może się przekładać także na wyniki rankingów światowych uniwersytetów. Na naszych oczach pojawiają się również poważne problemy etyczne, także takie, z którymi wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Na przykład wysłano pracę do publikacji i przychodzi z redakcji odpowiedź, że praca może być przyjęta pod warunkiem dokonania określonych zmian. Czy na tym etapie można jednak uzupełnić listę autorów o nazwisko, którego nie było w pierwotnej wersji pracy? Inny dylemat: jaka jest wartość wkładu w artykuł, który ma ponad  1000 współautorów – mówię o autentycznej sprawie – czy rzeczywiście jest ona znacząco wyższa od wkładu autora, który opublikował pracę jako jedyny jej autor w periodyku o wielokrotnie niższym IF? Czy mentor, czyli promotor, powinien być współautorem prac, które w czasie doktoratu publikuje jego doktorant?

Przecież to jest wieloletnia praktyka akademicka.

Wiemy o tym, ale pytanie brzmi: czy ta praktyka jest słuszna? Powszechnie wiadomo o tzw. grzecznościowych recenzjach, ale czy nie obniżają one poziomu nauki w Polsce?  Jednym z celów działalności naszej Komisji ds. Etyki w Nauce jest właśnie upowszechnianie zasad EN i wypowiadanie się co do konkretnych dylematów, jakie przynosi uprawianie nauki.

Czyli?

Czyli doprowadzenie do tego, by każda instytucja naukowa miała regulamin postępowania w sytuacji, kiedy ktoś zgłosi przypadek naruszenia zasad EN, jak również, aby wprowadzone zostały podstawy dydaktyczne w tym zakresie.

baltimoregood-1
Prof. Robert Good – immunolog i jeden z ojców transplantologii
fot. Wikimedia

Myśli Pan, że doktorant nie będzie się bał zgłosić, że profesor dopisał mu się do pracy, w której powstaniu nie brał udziału?

W międzynarodowej terminologii mówimy o tzw. whistblower protection. Regulaminy, które obowiązują na renomowanych uczelniach Europy i USA określają sposób ochrony sygnalisty. Jasno mówią, jakie kroki powinno podjąć kierownictwo placówki, gdzie zgłasza się taki akt naruszenia EN, jak zachować konfidencjonalność faktu zgłoszenia i chronić sygnalistę przed ewentualnymi represjami. Z jednej strony bowiem trzeba chronić sygnalistę, ale z drugiej sprawdzić, czy nie rzuca on oskarżeń bezpodstawnie. Ochrony wymaga przecież też osoba niesłusznie pomówiona. Niestety, u nas nadal pokutuje zasada, że ten, kto przynosi złe nowiny, jest częściowo sam winny – choć muszę przyznać, że sporo zmienia się na lepsze. Zapisy nowej ustawy stanowią oręż w promowaniu tych zmian. Ponadto EN działa także w redakcjach: większość z nich – przynajmniej tych o zasięgu międzynarodowym – wymaga osobistych deklaracji od wszystkich autorów z podaniem, co konkretnie wnieśli do publikacji.

Wdrażanie reformy to jest ten dobry moment na wprowadzenie przepisów regulujących zasady etyki na uczelniach?

Jest to oczywiście proces długoletni. Nie dokona się tego w miesiąc czy rok, ale proszę pamiętać, że do końca sierpnia uczelnie muszą dokonać zmian, które wprowadza nowa ustawa. Rolą naszej Komisji, która jest odpowiedzialna za krzewienie zasad etycznych w nauce, jest też – tak to rozumiem – uświadomienie środowiska co do wagi problemu. Kierownictwa uczelni są w pełni pochłonięte ważnymi, fundamentalnymi sprawami organizacyjnymi, które niosą ze sobą ogromne wyzwania i odpowiedzialność. Dlatego też, będąc realistą, wcale nie jestem jednak zdumiony, gdy stwierdzam, że dla wielu moich dyskutantów jest zaskoczeniem, kiedy przypominam im, że nowa ustawa wprowadza zapisy dotyczące uregulowanie kwestii etycznych. 3 kwietnia zostałem przyjęty przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina, który zadeklarował, że wyśle w tej sprawie odpowiednie pismo do rektorów wyższych uczelni.

Wydaje się, że najbardziej rozpoznanym problemem środowiska akademickiego są plagiaty i tu chyba jednak zmieniło się w ostatnich latach bardzo dużo.

Przede wszystkim chcę powiedzieć, że w Polsce nadużywa się słowa plagiat. Symbolizuje ono i zastępuje czasem właściwe pojęcie, jakim jest naruszenie zasad EN.  Najczęściej używa się terminu plagiat, aby przekazać laikom, że coś jest niezgodne z zasadami EN. To jest jednak jedynie wierzchołek góry lodowej, czyli problemów, z jakimi musimy się zmierzyć. Naruszenie praw autorskich: owszem, jest to stosunkowo częsty przypadek w doświadczeniu naszej komisji, ale czy rozmawiamy o np. konfliktach interesów? W moim przekonaniu to jeden z najpoważniejszych problemów.

Czyli na przykład?

Paragraf 3.7 Kodeksu etyki stwierdza, że konflikt interesów ma miejsce, gdy „występuje powiązanie członka organu przyznającego środki z osobą lub jednostką naukową, której te środki są przyznawane” – niestety, tylko sporadycznie reagowano na takie sytuacje. Inny przykład: kilka dni temu usłyszałem od znanego profesora, że w jednej z placówek naukowych odbyły się wybory do rady naukowej a komisja wyborcza składała się z osób, które… kandydowały do tej rady. Przykładów konfliktów interesów jest wiele.

baltimoregood-4
David Baltimore, laureat Nagrody Nobla z dziedziny medycyny w 1975 roku
fot. Nobel Prize

Jak to się reguluje w innych krajach?

W renomowanych uniwersytetach Europy i w Stanach Zjednoczonych każdy pracownik nauki od pewnego szczebla musi corocznie składać w administracji uczelni lub instytutu oświadczenie, ujawniające konflikty interesów. Tak jak my składamy coroczne PIT-y. Ten dokument może być konfidencjonalny, ale każdy musi ujawnić, gdzie pracuje poza uczelnią, gdzie doradza, jakie ma związki z różnymi podmiotami zewnętrznymi itd. To nie są sprawy proste: kiedy kilka lat temu w Polsce minister zdrowia wprowadził zasadę, że konsultanci krajowi muszą ujawnić swoje konflikty interesów, niektórzy z nich woleli zrezygnować z funkcji konsultanta. Towarzyszyły temu bardzo krytyczne uwagi pod adresem Ministerstwa Zdrowia. Przyjmowałem je z mieszanymi uczuciami, czyżby nie wiedzieli oni, że to norma na przykład w środowisku akademickim w USA? I nie tylko w USA? Nawiasem mówiąc w Stanach Zjednoczonych każda instytucja, która otrzymuje środki z budżetu federalnego, musi mieć regulamin postępowania w sprawach dotyczących naruszeń EN. Jeśli go nie ma, jest automatycznie wykluczona z możliwości pozyskiwania takich środków.
Pamiętam przykład sprzed wielu lat, głośny, dotyczący laureata Nagrody Nobla. Wybitny naukowiec, szef jednej ze znanych instytucji naukowych na wschodnim wybrzeżu. I któregoś dnia doktorant z jego zespołu zameldował mu, że wydaje mu się, iż inny doktorant fałszuje wyniki, a nawet je zmyśla.
Początkowo as nauki amerykańskiej próbował sprawę zbagatelizować, ale doktorant bynajmniej nie ustępował, ostatecznie więc został wyrzucony z pracy. Doktorant nadal się nie poddał i krok po kroku doprowadził do przeprowadzenia postępowania wyjaśniającego przez amerykański urząd ds. nadzoru nad badaniami naukowymi – Office of Research Integrity.

I jak się skończyła ta historia?

Kilkudziesięciu czołowych uczonych amerykańskich napisało listy protestacyjne, które publikowały „Science” i „Nature” – w obronie Davida Baltimore, bo o nim mowa, jako rzekomego skrzywdzonego. Jednak postępowanie wykazało, że rzeczywiście krył fałszerstwa w nauce, których dokonywał ten drugi doktorant. Chciał zapewne chronić dobre imię instytucji, nie wiadomo, ale skończyło się na tym, że musiał ustąpić ze stanowiska dyrektora tej renomowanej instytucji i przeniósł się gdzie indziej. Można być uczciwym?

Trzeba, bo inaczej traci się nie tylko reputację.

W młodych latach byłem stypendystą Fulbrighta w Sloan-Kettering Cancer Research Center w Nowym Jorku, to jedna z najbardziej renomowanych instytucji zajmujących się badaniami nad rakiem. Jej szefem był wtedy prof. Robert Good, wybitny amerykański pediatra i immunolog. Kiedy tam się wybierałem, zdarzył się wypadek, który nawet opisano w książce. Prowadzono tam badania nad hodowlą mysiej skóry in vitro przed jej przeszczepieniem obcej myszy celem zapobiegania odrzucaniu przeszczepu. Początkowo wyniki były nawet zachęcające, jednak po jakimś czasie okazało się, że taka skóra z hodowli tkankowej wcale nie traci antygenowości i jest odrzucana jako obca. Co robić? Przyjeżdża bowiem komisja z Narodowego Instytutu Zdrowia (NIH) na tzw. site visit i może wstrzymać albo nawet odebrać grant. No i ktoś pomalował skórę, aby ukryć objawy odrzucania. Sprawa się wydała, i prof. Good odszedł ze stanowiska dyrektora i stracił szansa na Nagrodę Nobla. A przecież urzędował on na 13. piętrze tego wielkiego budynku przy York Avenue na Manhattanie i nie był przy tych nieszczęsnych malowanych myszach, tymczasem zapłacił ogromną cenę za nieuczciwość technika. Te dwa przypadki dobitnie ilustrują zasadę, że w USA konsekwencje w stosunku do stwierdzonych naruszeń EN są surowe i mogą dotyczyć także kierownictwa instytucji, w jakiej się wydarzyły.

Te dwie historie nauczyły innych? Przecież dzisiejsza nauka to wyścig o punkty, indeks Hirscha, Impact Factor. A wyścig może kusić do nieuczciwości.

Kiedy cytuje się przykłady z USA często można się spotkać z uwagą, że Polska to Unia Europejska a nie Stany Zjednoczone, że to inne realia itd. Tak, ale wiadomo, że nauka amerykańska i tamtejsze uniwersytety są najlepsze, dlaczego zatem nie możemy czerpać przynajmniej z niektórych jej wzorców? Tym bardziej, że nie trzeba tu żadnych nakładów finansowych! Przecież wprowadzenie kursów z EN, odpowiednich regulaminów EN nie wymaga wielkich środków! Czy naprawdę uczelni nie stać na przykład na 10-godzinny kurs szkolenia podyplomowego, który powinien być obowiązkowy w szkołach doktorskich? Trzeba pamiętać, że naruszenia EN mają też oczywiste skutki społeczne i ekonomiczne. Podważają one zaufanie do nauki i uczonych i prowadzą do marnotrawstwa środków publicznych przeznaczanych na naukę, co wobec ich szczupłości ma u nas szczególne znaczenie, zwłaszcza w przypadku badań z udziałem człowieka. Nierzetelne badania prowadzą bowiem do wprowadzania nieskutecznych metod leczenia, a wiadomo, jaki może być koszt takich metod i leków. Jak trudne bywają te sprawy może zilustrować następujący przypadek. Niedawno stwierdziliśmy, że jedno ze znanych pism naukowych (IF > 4) opublikowało pracę, gdzie w części poświęconej opisie metod podano opis takiej metody jakoby zastosowanej w prowadzonych badaniach, tymczasem nie podano żadnych wyników tego oznaczenia w części poświęconej wynikom. Gdzie był tu redaktor odpowiedzialny i recenzenci? Od kilku miesięcy prowadzimy raczej jednostronną korespondencję bez efektu.  

Dlaczego zajmuje się Pan etyką w nauce?

Jako młody lekarz spędziłem w sumie około 2 lat w USA, początkowo w Nowym Jorku, potem w Seattle, w Fred Hutchinson Cancer Research Center, gdzie wprowadzono transplantację szpiku do leczenia człowieka. W przerwie moich doświadczeń pojechałem na University of Washington – na drugim skraju miasta – gdzie prowadzono kurs EN. Nieco spóźniłem się i po zlokalizowaniu sali wykładowej chciałem wejść, tymczasem drzwi wydawały się zamknięte. Okazało się, że były zablokowane przez studentów po ich drugiej stronie – stali pod ścianami, jako że w około 1000-osobowej sali zabrakło miejsc... Dyskusja była długa i bardzo gorąca, jak to w USA. Wywarło to na mnie wielkie wrażenie, minęło ponad 30 lat, a ja nadal pamiętam te „zamknięte” drzwi, salę jak podczas wiecu... Postanowiłem wtedy, że po powrocie do kraju spróbuję zaszczepić i u nas zainteresowanie EN. Organizowałem już jakieś 20 konferencji na te tematy, pracowałem w komisjach etycznych, staram się publikować i zaszczepiać podobne zainteresowania moim młodszym kolegom. Mój doktorant dr Jan Borysowski z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego ma już piękne dokonania publikacyjne, w tym pracę o IF > 9,0.

Myśli Pan, że etyka w nauce to temat, który rozpala środowisko? Czy Pana doktoranci zwracają się z jakimiś pytaniami dotyczącymi tych kwestii?

Ja już pewnie nie doczekam sytuacji, że w Polsce nie można będzie wejść na salę, gdzie będzie się odbywało seminarium na temat etyki w nauce – czego byłem świadkiem lata temu w Seattle... Tak więc nie sądzę, aby można było potwierdzić, że obecnie tematyka EN „rozpala środowisko”, zaś media interesują się raczej nie meritum sprawy, ale elementami sensacji związanymi z daną sprawą. To jak wspomniałem, wymaga czasu. W Instytucie prowadzę wykłady dla doktorantów, cieszę się, że nie są oni bierni.

Czym w Pana ocenie jest odpowiedzialność etyczna naukowca?

Odpowiem słowami Władysława Bartoszewskiego, które  przywołuję w swoich wystąpieniach: „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”.

Prof. Andrzej Górski
Immunolog, profesor nauk medycznych, wiceprezes Polskiej Akademii Nauk. Specjalizuje się w zakresie chorób wewnętrznych, immunologii i transplantologii. Zawodowo związany z Akademią Medyczną w Warszawie i następnie Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, jest pracownikiem naukowym Instytutu Transplantologii. Od 1996 do 1999 pełnił funkcję rektora tej uczelni. W 1998 został członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk, wybierany na wiceprezesa PAN na kadencje 2007–2010 i 2011–2014. Wchodzi także w skład Komitetu Bioetyki PAN. Jest także profesorem w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej im. Ludwika Hirszfelda PAN, zajmował stanowisko dyrektora tej jednostki (1999–2007). Pełni funkcję redaktora naczelnego periodyku „Archivum Immunologiae & Therapiae Experimentalis”. Wyróżniony tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.