Prof. Noszczyk-Nowak: – Otwieram nowy rozdział

Prof. Agnieszka Noszczyk-Nowak o sercu, przyszłości medycyny, zawodowych wyborach, karmie i o marzeniach już spełnionych i tych do zrealizowania.
10 kwietnia 2019 roku

Czy kardiologia w przypadku zwierząt jest trudniejsza niż w przypadku człowieka?

Ona jest inna.

Dlaczego?

Dlatego, że psy czy koty dużo później pokazują objawy. To nie znaczy, że nie ich nie mają. Rzecz w tym, że my nie jesteśmy w stanie ich odpowiednio szybko  zobaczyć. Migotanie przedsionków na przykład występuje zarówno u psów, jak i u ludzi. Mam pacjentów, u których arytmia występowała tygodniami i nikt się  nie zorientował – u zwierząt początek choroby często jest przeoczany.

prof_noszczyk-nowak_fot_eliza_radzikowska-bialobrzewska-1
Uroczystość z prezydentem Polski to również święto rodzinne
fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

Jak się leczy kardiologicznie zwierzęta?

Tak samo jak ludzi, stosujemy dokładnie te same substancje czynne i metody niefarmakologiczne. Początki kardiologii weterynaryjnej wywodzi się zdecydowanie z kardiologii doświadczalnej, gdzie pies, świnia, szczur służyły do badań nad pewnymi zjawiskami dedykowanymi jednak medycynie człowieka. Natomiast od dłuższego czasu, w rzeczywistości, w której pies i kot są członkami rodziny, a nie zwierzętami pilnującymi obejścia, zmienił się stosunek do nich. Nagle się okazało, że właściciele oczekują takiego samego poziomu usług i takiego samego leczenia, jakie sami mogą znaleźć w odniesieniu do siebie.

Można więc powiedzieć, że u zarania zwierzęta pełniły funkcję służebną wobec medycyny człowieka, ale dzisiaj to weterynaria korzysta…

Jak najbardziej, dlatego, że część tych metod, które są testowane na zwierzętach, trafia do medycyny człowieka, ale wtórnie wraca do weterynarii – wtedy, kiedy technologia trochę się zestarzeje, co oznacza, że jest po prostu tańsza. To jest, niestety, dla nas wciąż kluczowe. W Polsce nie ma systemu ubezpieczeń zwierząt, na Zachodzie już jest. W Skandynawii właściciel ma gwarantowane pokrycie kosztów leczenia  do pewnego pułapu, więc leczenie specjalistyczne nie stanowi bariery finansowej. W Polsce dedykowane terapie kardiologiczne np. sztuczny stymulator serca oznaczają sięganie do kieszeni właściciela zwierzęcia. I to wciąż są wysokie koszty.

Czemu wybrała Pani jako specjalizację kardiologię właśnie?

Chciałam być, pewnie jak każdy młody człowiek, chirurgiem, bo to jest kwintesencja medycyny. Ale miałam szczęście na swojej drodze spotkać docenta Bogdana Osińskiego, który postawił mnie do stołu operacyjnego ze sobą.  

I przy tym stole…

…w czasie studiów mieliśmy tzw. kuratorstwa – spędzaliśmy z lekarzem prowadzącym kilka godzin w klinice. Moim prowadzącym kuratorstwo był właśnie docent Osiński, chirurg, specjalista ortopedii. I postawił mnie ze sobą do stołu na 8-9 godzin. Fizycznie odczułam to bardzo, ale też zobaczyłam, jak wygląda tzw. chirurgia twarda i że to jednak nie jest droga dla mnie. Jednocześnie już na studiach współpracowałam z wtedy panią doktor, dzisiaj profesor Urszulą Pasławską, która prowadziła koło naukowe. To ona pokazała mi ścieżkę kardiologiczną, która okazała się bardzo fascynująca. A jednocześnie moje życie tak się ułożyło, że mój mąż jest kardiologiem.

prof_noszczyk-nowak_fot_eliza_radzikowska-bialobrzewska-2
Selfie z prezydentem Andrzejem Dudą
fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

I rozmawiacie o różnych ciekawych przypadkach przy kolacji?

Hm, nasza praca jest w naszym domu, tego się nie da uniknąć. Nie tylko rozmawiamy o różnych przypadkach, ale też współpracujemy. Mamy nawet wspólne publikacje – mój mąż jest kardiologiem elektrofizjologiem inwazyjnym, pomagał mi w różnych przedsięwzięciach w klinice.

Kiedy myśli Pani o sercu psa, kota, człowieka, to co Pani przychodzi do głowy?

Bardzo trudne pytanie, dla mnie jednak serce to jest piękna patologia, czyli choroba.

A co w takim razie jest pięknego w tej patologii?

To, że umiemy już pewne rzeczy rozpoznać, że umiemy pomóc pacjentom. Miałam szansę uczyć się od najlepszych elektrofizjologów w Polsce. Na początku studiów doktoranckich poznałam śp. profesora Walczaka, który był jednym z pionierów elektrofizjologii u człowieka. Zaprosił mnie do Instytutu Kardiologii w Warszawie-Aninie. Kiedy zmarł, schedę po nim przejął profesor Łukasz Szumowski i też mam tam wciąż otwarte zaproszenie. Kilkukrotnie odbyłam tam staże, więc widziałam na przestrzeni lat zmienia się i kardiologia, podejście do arytmologii, i możliwości, które mamy.

prof_noszczyk_nowak
– Oddaję ludziom to, co sama kiedyś dostałam – mówi prof. Agnieszka Noszczyk-Nowak
fot. Tomasz Lewandowski

Co było dla Pani największym zaskoczeniem?

To, że tak dużo możemy i tak wielu pacjentów z potencjalnie zagrażającymi życiu arytmiami można skutecznie leczyć.

Ale kiedy przychodzi do Pani taki czworonożny pacjent, to nie wie, co go czeka.

Większość chorych zwierząt czuje, że chcemy mu pomóc. Tylko dwa razy w ciągu 15 lat pracy zdarzyło mi się nie zbadać pacjenta. W przypadku psa błąd dotyczył prowadzenia tego zwierzęcia przez właściciela, który spowodował, że to zwierzę nie tolerowało obecności i dotyku obcych ludzi. Po prostu nie można było w ogóle się do niego zbliżyć. Drugi był kot – tak agresywny, że nawet właścicielki nie były w stanie podejść do niego. Próba zbadania skończyła się naklejeniem kilkunastu plastrów na 20 palców, które próbowały kota przytrzymać.

Rozmawia Pani ze swoimi pacjentami?

I z pacjentami, i z ich właścicielami. Zwierzę zachowuje się agresywnie w stosunku do nas najczęściej wtedy, kiedy się boi, czuje się niepewnie. Dlatego dajemy mu czas na „oswojenie” nas i przestrzeni, w której się znalazło. Pies czy kot może sobie pochodzić po gabinetach, rozpoznać zapachy, terytorium. W przypadku kotów bardzo ważne jest, by nie wykonywać gwałtownych ruchów, chociaż ja się z kotami dobrze dogaduję. Ludzie się dzielą na kociarzy i psiarzy, ja zdecydowanie jestem kociarą.

Jak przy tak intensywnej pracy naukowej i dydaktycznej znajduje Pani czas na dodatkowe aktywności? Jest pani mentorem – z wyboru, a nie z konieczności.

Miałam szczęście spotkać w swoim  życiu zawodowym ludzi, którzy byli dla mnie wzorem, pokazywali ten zawód, uczyli tego, co jest w nim ważne. W życiu prywatnym, kiedy byliśmy z mężem młodym małżeństwem i borykaliśmy się z różnymi problemami, też spotkałam ludzi, którzy bezinteresownie nam pomogli. Nie byłam w stanie się im odwdzięczyć, bo zazwyczaj stali zawodowo wyżej ode mnie. Ale wychodzę z założenia, że karma wraca.
Jeśli ktoś pomógł mi, to ja to oddaję to innym, młodszym znajomym, studentom. Tylko w taki sposób mogę się odwdzięczyć – dzieląc się tym, czego się nauczyłam, z następnym pokoleniem.

To czego Pani uczy te kolejne pokolenia?

Moim studentom przede wszystkim staram się przekazać, że podstawą jest dobre badanie kliniczne – metody dodatkowe to technika. Jeżeli nie będziemy dobrymi lekarzami, nie będziemy otwarci na pacjenta i nie będziemy u podstaw pracować z pacjentem i właścicielem, to niestety, ale te wszystkie dodatkowe „zabawki” jak USG czy EKG niewiele nam dadzą. Tak naprawdę poruszamy się po omacku, a technologia jest tylko pomocą. A przypadku tych osób, z którymi pracuję dodatkowo, jak w programie mentoringowym z Martą Kawecką czy ze studentami w kole naukowym, które prowadzę, uczymy się rozwiązywania problemów. Dokładniej zaś poszukiwania tego problemu, definiowania go i rozwiązania w sposób jak najbardziej kompleksowy. Byłam w Stanach Zjednoczonych – jako uczestniczka programu TOP500 Innovators. Poznałam metodologię Design Thinking, która generalnie jest nakierowana na klienta, ale można ją przełożyć na wszystkie gałęzie nauki i wykorzystać do rozwiązywania w sposób innowacyjny problemów, jakie się w nich pojawiają.

Ale medycyna weterynaryjna to nie tylko kompetencje zawodowe. To również postawa etyczna.

Moim zdaniem postawy etyczne kształtowane są od początku życia młodego człowieka. Robią to rodzina, szkoła. Każdy kolejny etap odgrywa tu ogromnie ważną rolę, ale tego co etyczne nie da się palcem pokazać. Wzorce postaw i zachowań oddziałują na nas, kształtują nas poprzez poprzez obserwacje a nie mówienie, nawet najmądrzejsze. Oczywiście, czasem jest potrzebne zwrócenie uwagi, ale to nie uczy postawy etycznej.
Nauczyciele akademiccy, lekarze, my wszyscy możemy tę postawę kształtować tylko poprzez własny przykład, własne zachowanie i stosunek do wartości.  

Powiedziała Pani, że jedną z mistrzyń w zawodzie była dla Pani profesor Urszula Pasławska. Czego ona Panią nauczyła?

Przede wszystkim nauczyła mnie kardiologii weterynaryjnej. W jej zespole nie było gospodarki nakazowo-rozdzielczej. W zespole nie było hierarchii, w  której ona była kierownikiem na szczycie hierarchii a ja na samym dole tej piramidy miałam tylko wykonywać polecenia. To była relacja partnerska, współpraca. Zawsze mogłam omówić konkretny przypadek, a kiedy miałam inne spojrzenie na dany problem, to mogłam je przedstawić.

Dlaczego wybrała Pani weterynarię?

Zwierzęta są wdzięczniejszymi pacjentami. Wybieramy studia, kiedy mamy 18 lat  i głowę pełną ideałów. Ale znaczenie miała też pragmatyka. W moim liceum nie było klas profilowanych pod kątem medycyny, na którą trzeba było oprócz biologii i chemii zdać też fizykę, a ta była moją piętą Achillesową. Zdałam więc na weterynarię i nigdy nie miałam poczucia, że źle trafiłam. Jasne, że były przedmioty, które lubiłam bardziej…

…jakie?

Zdecydowanie kliniczne, ale bardzo lubiłam też biochemię, która łatwa nie jest. To było dla mnie odkrycie. Profesor Maciej Ugorski wrócił właśnie ze Stanów Zjednoczonych, zajęcia prowadził inaczej niż wszyscy i byłam zafascynowana jego wykładami, tym w jaki sposób przekazywał wiedzę. To było niesamowite odkrycie, ile może się dziać w jednej komórce.

Co Pani czuje, kiedy przychodzi do pracy?

Że jeszcze dużo jest do zrobienia.

A kiedy odbierała Pani nominację belwederską to pomyślała sobie Pani „dużo już zrobiłam”?

Nie, zwłaszcza, że odebrałam ją w młodym wieku – średnia wieku nowych profesorów była jednak istotnie powyżej czterdziestki (śmiech) – trudno więc uznać, że to jest ukoronowanie dotychczasowej pracy. Raczej jest to otwarcie nowego rozdziału.

To jakie ma Pani plany na najbliższe lata?

Na pewno chciałabym zbudować swój zespół nakierowany na medycynę translacyjną, a więc taki, który robi badania na zwierzętach, ale nie tylko dla zwierząt. Chciałabym, żebyśmy szli w kierunku pogłębiania i przenoszenia pewnych rzeczy, odkrywania ich i wprowadzania do medycyny człowieka. Bez badań na zwierzętach nie jesteśmy w stanie pewnych rzeczy zrobić. Oczywiście w laboratorium na liniach komórkowych można osiągnąć bardzo dużo, ale organizm jest złożonym układem. Wielokrotnie okazuje się, że to co działało w szalce, nie działa w organizmie. Mamy przykład leku antyarytmicznego, który był wielką nadzieją. Dronedaron miał być pozbawiony działań niekorzystnych. Poświęcono mu miliony dolarów i kilkanaście lat badań, a ostatecznie okazało się, że nie spełnił oczekiwań. I to w czwartej fazie badań klinicznych.

prof_noszczyk-nowak_fot_eliza_radzikowska-bialobrzewska-3
I selfie prezydenta Andrzeja Dudy
fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

To dowód na to, że medycyna jest i będzie eksperymentalną dziedzina nauki?

Tak, według mnie nie da się zrezygnować  z części eksperymentalnej. Oczywiście powinniśmy ją maksymalnie ograniczać, korzystać z możliwości technologicznych jakie mamy i jak najwięcej rzeczy robić w modelowaniu matematycznym, komórkowym. Ale nigdy nie uciekniemy z etapu przejścia badań przez organizm zwierzęcia najbardziej zbliżonego do człowieka.

Na co więc wciąż czeka medycyna – i ta weterynaryjna, i ta ludzka?

Bardzo dużo już umiemy, ale chociażby w onkologii, w której naprawdę mamy coraz lepsze leczenie, wciąż są nowotwory zabijające w błyskawicznym tempie. W kardiologii mamy coraz lepsze metody diagnostyki, ale na końcowym etapie pacjenta z niewydolnością serca – poza przeszczepem – nie jesteśmy w stanie wyleczyć. A tych serc na półce nie ma, bo one nie rosną na drzewach. Jest więc naprawdę bardzo dużo do zrobienia. Chociażby na etapie niewydolności serca, gdzie powinniśmy dążyć do wydłużenia etapu dojścia do końcowej fazy choroby, a w niej postawić na jak największy komfort życia. W medycynie człowieka od kilku lat coraz częściej porusza się temat quality of life, a więc komfortu życia, a niekoniecznie samej jego długości. To jest oczywiście temat trudny, każdy chce żyć jak najdłużej, ale pytań i dyskusji z tym związanych nie unikniemy.

Jedno marzenie już Pan zrealizowała – zostając profesorem. Jakie jest kolejne?

Wejść na Kilimandżaro.
rozmawiała Katarzyna Kaczorowska