Rektor Trziszka doktorem honoris causa Uniwersytetu Medycznego

Rektor UPWr Tadeusz Trziszka wyróżniony tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. „Głosowi Uczelni” profesor opowiada o wieloletniej współpracy ze środowiskiem medyków.
14 marca 2019 roku

Współpraca przyrodnika z medykiem to jest trudna rzecz?

Ja bym powiedział, że przyjemna, bo jak rozumiem, mówimy o mojej współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. I to wieloletniej, bo sięgającej 20 lat wstecz. Oczywiście ta współpraca dotyczyła pojedynczego tematu, jednego naukowca, wymiany wiedzy na seminariach czy konferencjach naukowych, ale głębia pojawiła się wtedy, gdy połączył nas słynny już projekt OVOCURA.

prof_tadeusz_trziszka_2
Rektor Tadeusz Trziszka: – To wyróżnienie to dla mnie wielka radość, ale też zobowiązanie
fot. Tomasz Lewandowski

Dotyczący jaj.

Dokładniej zaś właściwości biologicznych jaj i innowacyjnych technologii pozyskiwania z nich biologicznie aktywnych składników dla potrzeb profilaktyki zdrowotnej, czy inaczej mówiąc, potrzeb biomedycznych. Muszę powiedzieć, że przy okazji tego projektu poznałem bardzo wielu nowych ludzi w obszarze medycyny, m.in. profesor z zakresu psychiatrii, Joannę Rymaszewską czy profesora Andrzeja Szubę specjalizującego się w chorobach związanych z nadciśnieniem tętniczym. Musiałem jednak najpierw przekonać medyków do jaj, bo były przez nich uważane za produkt drugiego sortu ze względu na dużą zawartość cholesterolu. Panowało dość powszechnie przekonanie, że przyczyniają się do występowania miażdżycy, nadciśnienia, zawałów, jednym słowem jaja miały fatalne konotacje. Mówię oczywiście o sytuacji w Polsce i w polskim środowisku medycznym, bo te opinie na Zachodzie były już w defensywnie. W 1997 roku byłem na konferencji naukowej w Atlancie w Stanach Zjednoczonych, gdzie jedno z haseł brzmiało „two eggs every day”. U nas dopiero 10 lat później zaczęto inaczej patrzeć na jaja, ale też i dzięki tej zmianie udało się nam stworzyć zespół do realizacji projektu OVOCURA pod koniec pierwszej dekady lat dwutysięcznych.

To Pan szukał partnerów?

Tak.

I jaki był klucz?

Zacząłem od ówczesnego rektora Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, profesora Ryszarda Andrzejaka, z którym bardzo się przyjaźniliśmy, znaliśmy się też z seminariów i konferencji naukowych. Poprosiłem go, żeby mi pomógł i podpowiedział, kto będzie najlepszy do naszego projektu. Profesor nie był w stanie zaangażować się sam, bo rektor ma za dużo obowiązków, by móc skupić na czystej nauce. I wtedy rektor Andrzejak zaproponował jako członków zespołu projektowego profesora Andrzeja Szubę, profesor Joannę Rymaszewską, prof. Annę Skoczyńską. Tak zaczęła się gromadzić dość spora liczba ludzi i po napisaniu projektu powołaliśmy do życia konsorcjum tworzone przez dwie wrocławskie uczelnie, Uniwersytet Przyrodniczy i Uniwersytet Medyczny. Wiedzieliśmy, że nie chodzi nam o zajmowanie się jedzeniem jaj, czy dietą jajeczną, bo gdyby tak było, nie powstałby projekt tak dużej rangi. Wiedzieliśmy też, że naszym obszarem działania są innowacyjne technologie pozyskiwania bioaktywnych substancji z jaj.

rektor_trziszka-1-2
– Dzisiaj kluczem do sukcesu jest interdyscyplinarność i otwarcie na środowiska biznesowe – mówi prof. Tadeusz Trziszka
fot. Tomasz Lewandowski

Skąd wiedzieliście?

Te technologie mieliśmy już dopracowane u nas na Wydziale Biotechnologii i Nauk o Żywności. Ale też, przedstawiając nasze możliwości medykom, zainteresowaliśmy ich tematem.

Czym?

Oni byli zainteresowani uzyskaniem fosfolipidów. Od 15 lat pracowaliśmy też nad cystatyną, a w trakcie naszych prac wyizolowaliśmy z żółtka yolkinę, nieznaną wcześniej substancję. Plan był taki, że będziemy robić hydrolizy enzymatyczne, które mogą białka istniejące w białku czy w żółtku przetworzyć w jakieś bioaktywne peptydy o cechach prozdrowotnych. Oczywiście wszystkiego nie wiedzieliśmy, bo na tym rzecz polegała, że mieliśmy założenia, swoją wiedzę, a resztę należało poznać. Nie poruszaliśmy się po omacku, bo miałem wtedy za sobą około dziesięciu zrealizowanych projektów związanych z jajami i z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Ale jednocześnie musieliśmy dopracować technologie, a medycy mieli za zadanie badać wyizolowane przez nas substancje enzymatyczne na zwierzętach czy na liniach komórkowych nowotworów. To była ciężka i zarazem ogromnie fascynująca praca. Wielu ludzi, którzy się wzajemnie uzupełniali, dawali sobie energię. Zaangażowali się w ten projekt i nasi technolodzy, i medycy, i naukowcy z weterynarii. Dzięki temu zaangażowaniu uzyskaliśmy z żółtka wspomnianą już yolkinę – nawiązaliśmy zresztą w ten sposób do odkrycia profesora Polanowskiego, pracującego nad substancjami aktywnymi, które mogłyby mieć zastosowanie w chorobie Alzheimera. Profesor badając siarę uzyskał kolostyninę, którą ostatecznie przejęli Amerykanie. Firma farmaceutyczna, którą ją produkuje, ma miliardy dolarów rocznego obrotu. A my poszliśmy tropem profesora Polanowskiego.

To znaczy?

Żółtko jaja ma tę samą genezę co siara. Jeśli w siarze jest substancja, która hamuje rozwój alzheimera, to co jest w żółtku? Okazało się w trakcie badań, że z tym naszym żółtkiem jest jednak zupełnie inaczej niż z siarą, ale jednocześnie pozyskaliśmy yolkinę – od yol, czyli żółtko – która ma jeszcze lepsze właściwości niż kolostynina z siary. Profesor Rymaszewska przygotowała cały program badawczy prowadzony na myszach zmodyfikowanych genetycznie, które sprowadzaliśmy ze Stanów Zjednoczonych. Wyniki prowadzonych badań okazały się fantastyczne. Do dzisiaj pracujemy nad zastosowaniem yolkiny. I reasumując, bez medyków nie byłoby tych sukcesów i dalszych badań.

W takim razie czego Pana zdaniem medycy nauczyli się dzięki zespołowi, do którego Pan ich zaprosił?

Wydaje mi się, że zmienili dość powszechne przekonanie, że substancje bioaktywne stosowane w leczeniu i profilaktyce najlepiej, żeby pochodziły z syntezy chemicznej, bo taki proces jest łatwo kontrolowalny od początku do końca. No, ewentualnie z ekstraktów ziołowych. My im pokazaliśmy, że takie substancje można i należy pozyskiwać też w sposób naturalny, z surowców pochodzenia zwierzęcego – bo takim jest najdoskonalszy surowiec jaki zna natura, czyli jajo. Cel mamy taki sam: wydobyć biosubstancje, które będą wspierać profilaktykę, ale również będą służyć poprawie jakości życia człowieka. Jajo daje nam taką możliwość. Weźmy choćby wspomniane przez mnie fosfolipidy – profesor Szuba, który przyjechał z USA, był przekonany, że w leczeniu nadciśnienia tętniczego zastosowanie powinny mieć syntetyki. A tymczasem okazało się, że uzyskiwane z naturalnego surowca fosfolipidy regulują ciśnienie tętnicze, znacząco wpływając na stan zdrowia człowieka. Więcej nawet, okazało się, że działają one też antystresowo. I takich zaskoczeń moich partnerów ze środowiska medycznego było całkiem sporo.

Odczarował Pan jaja?

Myślę, że tak. Prezentowaliśmy dorobek OVOCURY w 20 krajach na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy, bo tam nie było żadnej konferencji (śmiech). Wszędzie nasze badania i osiągnięcia projektu robiły duże wrażenie. Oczywiście różnie jest tutaj w kraju. W naszym środowisku akademickim we Wrocławiu dzisiaj zupełnie inaczej podchodzi się już do oceny surowca jajczarskiego, czy jaj samych w sobie. Zniknęło myślenie, że jaja to tylko cholesterol. Ale wiem też, że w innych ośrodkach w Polsce jest już różnie, wciąż panują tam twarde przekonania, że jaja szkodzą.
Ludzie, a szczególnie naukowcy powinni jednak rozumieć, że istnieje coś takiego jak punkt zwrotny. Projekt OVOCURA  takim naukowym punktem zwrotnym jest. Pokazuje, że z naturalnego surowca pochodzenia zwierzęcego możemy wytworzyć przeróżne preparaty oddziałujące w obszarze profilaktyki i terapii.
Jednym z najciekawszych preparatów na przykład uzyskanych taką drogą jest cystatyna, która ma działanie przeciwnowotworowe, ale można ją też z powodzeniem stosować w zakażeniach opornych na leczenie dostępnymi obecnie antybiotykami. Oczywiście nie jest łatwo przebić się z uzyskiwaną z surowca naturalnego cystatyną. Syntetyk jest zdefiniowany. To cisplatyna. Przemysł farmaceutyczny nie zgodzi się na to, by nagle zamykać fabryki z cisplatyną, bo my mamy cystatynę z jaj. Ale jestem przekonany, że przyjdzie czas, kiedy ktoś się tym zainteresuje. Właśnie tutaj, we Wrocławiu, profesor Dzięgiel przeprowadził fantastyczne badania związane z terapią nowotworową, wykorzystując cystatynę wyizolowaną przez nas z białka i odkrywając jej fantastycznie działanie w przypadku czerniaka. Z perspektywy czasu mogę więc powiedzieć, że odczarowywaliśmy to jajo wspólnie, wyciągając z niego substancje, które mogą ludziom pomóc w walce z najgroźniejszymi chorobami cywilizacyjnymi.

rektor_trziszka-1
Profesor Tadeusz Trziszka ze śmiechem przyznaje, że odczarował jaja, pokazując jak wiele mogą dać człowiekowi w profilaktyce prozdrowotnej
fot. Tomasz Lewandowski

Ta współpraca jest dowodem na to, że przyszłość nauki tkwi w interdyscyplinarności?

Bez cienia wątpliwości. Przynajmniej raz w kwartale organizowaliśmy zebrania naukowe. Spotykaliśmy się oczywiście we własnym gremium, bo wiele odkrywanych rzeczy było absolutną nowością. Nic więc dziwnego, że ulegaliśmy fascynacji naszymi odkryciami, ale też i umiejętnościami, wiedzą i możliwościami koleżanek i kolegów. To była fantastyczna współpraca. Medycy cieszyli się, że poznają możliwości jakiejś substancji, a my, że ta substancja może mieć praktyczne zastosowanie. Każdy z nas miał inną wiedzę, więc siłą rzeczy nastąpiła eksplozja czegoś nowego, co nikomu się wcześniej nie śniło. W monokulturze nic nie zrobimy. One doszły już do swojego kresu i nie są w stanie być kreatywne. Przyszłość należy do zespołów interdyscyplinarnych, a nie do konkurencji między sobą i zazdrosnego ukrywania wyników swoich badań. Do projektu OVOCURA dołączyło około 20 różnych firm, mikro i średnich, a więc zadziałała nie tylko współpraca naukowa, ale też kooperacja ze środowiskiem biznesowym.

Czym jest dla naukowca przyznanie doktoratu honoris causa?

Z jednej strony zaskoczeniem – przynajmniej ja byłem mile zaskoczony, kiedy dostałem informację o przyznaniu mi tego najwyższego naukowego wyróżnienia. Z drugiej jednak strony to wydarzenie w życiu naukowca, które należy przyjąć z głęboką pokorą. Kiedy ktoś uzyskuje taką godność, to stoi przed nim wielka odpowiedzialność za wszystko. Za słowo, za kształcenie, za rozwój naukowy, za patrzenie w przyszłość, za krytykę. Nie jest to więc chwilowa przyjemność ważna dla kogoś, kto lubi wypinać pierś do orderów. A ponieważ Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu jako instytucja naukowa reprezentuje bardzo wysoki poziom, to tym większa jest moja radość i tym silniejsze zobowiązanie.
kbk
fot. Tomasz Lewandowski