Prof. Rywińska: – Drożdże to mój konik

Anita Rywińska w Belwederze odebrała nominację profesorską. „Głosowi Uczelni” mówi o zagadkach biotechnologii, możliwościach niekonwencjonalnych drożdży, miłości do chemii i… łucznictwa.
11 marca 2019 roku

Miała Pani na pierwszym roku studiów jakieś wyobrażenie  możliwości, jakie niesie ze sobą biotechnologia?

Jestem rocznikiem, który rozpoczynał tę specjalizację na Uniwersytecie Przyrodniczym. Chętnych na ten kierunek było dużo. Wydawało nam się, że to będzie coś bardzo odkrywczego i przełomowego. Biotechnologia to niezwykle szeroka nauka, która integruje nauki przyrodnicze, biologię, chemię, genetykę z naukami ścisłymi i typowo inżynierskimi. Żeby być dobrym biotechnologiem, trzeba mieć mocne podstawy z wielu przedmiotów. Dawniej biotechnologia to była taka rozszerzona mikrobiologia, teraz to specjalistyczna dziedzina o procesach i mechanizmach na poziomie komórki, na poziomie molekularnym, umożliwiająca ingerencję w genom. Osiągnięcia biotechnologii są wykorzystywane w niemal każdym obszarze naszego życia, to np. produkcja leków, przemysł spożywczy, osiągnięcia medycyny np. w obszarze transplantologii, to działania wykorzystywane w ochronie środowiska.

prof_rywinska-1
– Ta chwila, kiedy od prezydenta Polski odbiera się nominację profesorską, to wyjątkowy moment w życiu – mówi prof. Anita Rywińska   
Fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

Pamięta Pani swoje początki?

Kiedy ruszała specjalizacja biotechnologia na naszym Wydziale w pracowniach chemicznych i mikrobiologicznych używaliśmy szklanych pipet – pipetowało się „ustami”, a teraz są automatyczne pipety, dozowniki. Ręczne, czasochłonne chemiczne metody oznaczania produktów metabolizmu, identyfikacji związków zastąpiło HPLC lub podobny sprzęt. To trochę tak jak przesiadka z furmanki do samolotu! Wszystkie te zmiany odbywają się wciąż na moich oczach, ale cieszę się, że jestem ich częścią. Możliwości wyjazdów, współpraca z ośrodkami na całym świecie, wymiana doświadczeń i wreszcie swobodny dostęp do literatury naukowej, w tych kwestiach nie ma już żadnych ograniczeń!

Jako biotechnolog daje Pani nowe możliwości zjawiskom, które już istnieją?

Powiem więcej – dopiero uczymy się wykorzystywać te możliwości, które są albo jeszcze nieodkryte, albo odkryte w bardzo niewielkim stopniu.

Takim odkryciem jest erytrytol?

Hm, tu bym się zawahała. To substancja ochronna, którą komórki wytwarzają w reakcji na stres osmotyczny środowiska. Inaczej mówiąc, erytrytol chroni komórkę, ale my widzimy w tym substancję słodzącą, która może być stosowana przez ludzi.

Rzecz w tym, że komórki drożdży produkowały erytrytol również wtedy, kiedy nie zajmowali się nimi naukowcy. Mnie chodzi o ten moment, kiedy człowiek odkrył, że coś, co istnieje od zawsze, może mieć zupełnie nowe zastosowanie.

To jest właśnie nauka. Oczywiście na początku nie wiedzieliśmy, co się tworzy. Nie pozwalały nam na ustalenie tego choćby ograniczenia techniczne, ale kiedy pojawił się nowoczesny sprzęt, zaczęliśmy badać cóż to za substancja, gdzie może znaleźć zastosowanie. I z reguły taka jest kolejność. Często wiemy, że coś się produkuje, a kolejnym krokiem jest próba identyfikacji, nadania temu czemuś znaczenia, charakteru i formy. Badamy więc biologię komórki i jej metabolizm, szukając tego, co może być wykorzystane w nowy sposób przez człowieka.

prof_rywinska-2
Fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

Coś Panią w tych komórkach zdumiewa?

Zawsze mnie coś zaskakuje w procesach, które badamy. Zawsze też próbuję znaleźć ich racjonalne wytłumaczenie i nie zawsze się to, niestety, udaje. Trzeba pamiętać, że praca z drożdżami to jest praca z żywym organizmem, który ma swoje humory, fochy, nastroje. Czasami coś z punktu widzenia biochemii jest nielogiczne i to jest najbardziej denerwujące, bo zgodnie z naszą wiedzą powinniśmy uzyskiwać efekt A, a wychodzi nam B. W dodatku człowiek chciałby szybciej, niecierpliwi się, a tu trzeba przygotować proces hodowlany, wysterylizować sprzęt, hodowla ciągnie się 7-9 dni… Dopiero po tym czasie mamy wynik i widzimy, że znowu się coś nie zgadza, trzeba zaczynać od nowa. Jak widać, nie da się tu wszystkiego zaplanować.

Drożdże to żywy organizm, więc kiedy wchodzi Pani do laboratorium to mówi do nich „no teraz jak mi zrobicie numer, to się na was obrażę”?

Bardzo często się tak zdarza, że do nich mówię. Syn się śmieje:  „mamo, lepiej traktujesz te swoje drożdże niż studentów”, ale to nie jest prawda. Po prostu od studentów wymagam więcej niż od drożdży.

Drożdże nie zdają egzaminów.

No właśnie. Rzeczywiście, często kiedy jestem zadowolona, głaszczę bioreaktor, że jest fajnie, że idzie dobrze. To jest ogromna satysfakcja, jak badania idą i jak są wyniki.
Bardzo lubię ten moment, kiedy mam już zebranych dużo wyników i zaczynam je szeregować w tabelach,  które są szykowane do publikacji. I wtedy wszystko układa się w całość – to jest największa satysfakcja.

prof_rywinska-3
Prof. Rywińska: – Studenci mówią, że jestem surowa. Ja mam nadzieję, że jestem sprawiedliwa
fot. Tomasz Lewandowski

I co się teraz układa Pani w całość?

W tej chwili jestem tak troszeczkę na wydechu. Kończę realizację drugiego doktoratu, ale za to zaczynamy grant. W styczniu ruszyły badania nad biosyntezą kwasu alfa-ketoglutarowego przez drożdże Yarrowia lipolytica. Produkowałam już z tymi drożdżami kwas cytrynowy, erytrytol, kwas pirogronowy, a teraz wracamy do cyklu Krebsa i będzie to kwas alfa-ketoglutarowy. Chcemy uzyskać sól wapniową tego kwasu, suplement diety z przeznaczeniem jako dodatek do pasz, ale może nie tylko. Grant jest realizowany we współpracy z przemysłem. Ma być gotowe wdrożenie naszej pracy. I to byłoby fajne zwieńczenie.

Jak działa ten suplement diety?

Bardzo dobrze działa na osteoporotyczne schorzenia. Wzmacnia układ kostny, bardzo dobrze z tej soli wchłania się wapń, słowem to jest bardzo fajny, wygodny do stosowania suplement. Potencjalnie mogą go brać również ludzie, ale jak do tego firma podejdzie, to już jest poza nami. O tym, że kwas alfa-ketoglutarowy jest produkowany z udziałem drożdży Yarrowia lipolytica wiemy od 20-30 lat. Na rynku jest taki preparat, jaki my chcemy uzyskać, ale jest on produkowany metodami chemicznymi. A zawsze alternatywą dla syntezy chemicznej jest metoda biologiczna i taki produkt jest chętniej odbierany przez społeczeństwo, bo jest uzyskiwany w sposób naturalny. I tu robi się miejsce dla nas – bo nasz produkt jest uzyskiwany w pełni naturalnie.

To był wasz pomysł z grantem, czy firma się zwróciła do uczelni?

Zwrócił się do nas przedstawiciel firmy, zainteresowanej produkcją suplementu. Zapytał, czy bylibyśmy w stanie coś zaoferować. A że mogliśmy od razu, to ubraliśmy pomysł we wniosek o grant. I udało się.  

Co daje Pani satysfakcję w pracy?

Teraz satysfakcję przyniesie mi wyprodukowanie suplementu. Będę miała poczucie, że powstało coś, w czym jest – w przenośni rzecz jasna – kawałek mnie, mojego wysiłku, zaangażowania. Ale byłam też zafascynowana metabolizmem komórek, poznawaniem szlaków enzymatycznych, słowem zgłębianiem czystej nauki i to przynosiło mi ogromną satysfakcję. Oczywiście potem pojawiało się pytanie „jak to co wiem przełożyć na działania praktyczne?”, ale dostęp do „wiedzy tajemnej” jest czymś niesamowitym. Myślę, że ta satysfakcja, o którą pani pyta, związana jest jednak ściśle z etapem życia naukowca. Jak się jest młodym, to jest się zafascynowanym tzw. czystą nauką. Ile ja miałam radości, kiedy uczyłam się tych wszystkich szlaków, odkrywałam je dla siebie… Teraz patrzę już na to chłodniej, wiem, że tak jest i nie ja to odkryłam.

A gdzie w tym wszystkim jest dydaktyka?

Trudno jest ją połączyć z nauką, bo wymaga dużo czasu i zaangażowania. Jest wyzwaniem, dlatego też staram się zainteresować studentów, tym co robię. Zresztą studenci wiedzą, że moim konikiem są drożdże i kolejne roczniki sobie podpowiadają, że jak na egzaminie z biotechnologii będą pytania o mikroorganizmy, to w ciemno można mówić o Yarrowia lipolytica.

Jest Pani surowym nauczycielem?

Podobno.

A sprawiedliwym?

Mam nadzieję, że tak. Każdy z nas czuje się odpowiedzialny za młodych ludzi, którym przekazuje wiedzę. I nie ukrywam, że to jest stres, bo poczucie, że jest się dla kogoś autorytetem niesie ze sobą ogromną odpowiedzialność. Przecież ja też nie wiem wszystkiego i mnie też zaskakuje wiele procesów, które zachodzą w bioreaktorze. W naszej dziedzinie nie da się wszystkiego przewidzieć.

To jak sobie Pani radzi z takimi wyzwaniami?

Od paru lat mieszkamy w domu, mamy duży ogród i kiedy tylko pogoda pozwala, pracuję w tym ogrodzie.

To zimą ma Pani trudny czas…

Ale radzę sobie. Urodziłam się w Nowej Rudzie i od piątej klasy podstawówki uprawiałam łucznictwo. Jako młodziczka i juniorka miałam całkiem spore osiągnięcia, między innymi brązowy medal na Mistrzostwach Polski, a z drużyną awans do pierwszej ligi, co w tamtych czasach było nie małym osiągnięciem. Za ten awans każda z nas w drużynie, a drużyna liczyła siedem dziewcząt, otrzymała zegarek marki „Czajka” w złotym kolorze:) Uwielbiałam strzelanie. Często przychodziłam na strzelnicę poza godzinami treningu, żeby się zrelaksować i postrzelać w samotności dla siebie samej. Z natury jestem samotnikiem i chyba dlatego tak mi pasował ten sport. A kiedy przeprowadziliśmy się do domu, to zagospodarowałam nie tylko ogród. Kupiłam sobie tarczę, łuk. I jak łatwo się domyślać, strzelam tak jak kiedyś.

prof_rywinska-1-2
Prof. Anita Rywińska łucznictwo zaczęła uprawiać jako nastolatka. Z sukcesami
fot. archiwum prywatne

Studenci wiedzą, że jest Pani łuczniczką?

Teraz się dowiedzą. (śmiech)

Skoro przypomniała Pani swoje lata szkolne, to jaki przedmiot lubiła Pani najbardziej? Chemię czy biologię?

Chemię. Fascynowała mnie tak bardzo, że sama z siebie ściągałam, skąd się tylko dało, zadania i rozwiązywałam je dla przyjemności. Lubiłam też geografię. Początkowo myślałam o studiach medycznych, w końcu wybrałam technologię żywności i żywienie człowieka. To był rok 1989 i nie było wówczas możliwości startowania równolegle na kilka uczelni, były egzaminy wstępne i trzeba było je zdać. Wkrótce się okazało, że kiedy rozpoczynałam studia na Wydziale ruszała specjalizacja biotechnologia. I tak się zaczęło. Geografię zgłębiam empirycznie w miarę możliwości czasowych i finansowych:)

Sądziła Pani, że pójdzie drogą kariery naukowej?

Na pierwszym roku? Nie, choć kariera zawodowa, o ile można tak powiedzieć, przebiega u mnie dość książkowo: doktorat po ośmiu latach, habilitacja po kolejnych dziewięciu, kolejne osiem lat to już zwiększanie dorobku na profesurę.

Nominację właśnie Pani odebrała, więc co dalej?

Najważniejsze w pracy naukowca to ciągle iść do przodu. Zatrzymanie w miejscu jest niedopuszczalne, dlatego ciągle wyznaczam sobie nowe cele. Potem narzekam oczywiście, ale jeśli dopnę swego to satysfakcja wynagradza na przykład niedomyte, albo wcale nieumyte z braku czasu okna. Mam już kolejny cel, ale na razie tylko mąż wie i popiera.

Sukces to nie tylko efekt indywidualnej pracy.

Ja w swojej pracy zawodowej bardzo wiele zawdzięczam moim współpracownikom. Sympatii do drożdży nauczyła mnie prof. Maria Wojtatowicz, a praktycznego podejścia do tych mikroorganizmów uczę się ciągle od prof. Waldemara Rymowicza. Pisanie doktoratu pod opieką profesor Wojtatowicz to było prawdziwe wyzwanie, ale reguły wpajane wówczas przez nią pamiętam i stosuję do dzisiaj. Bardzo dobrze wspominam również moją kilkuletnią współpracę z prof. Danutą Witkowską. Nie zapomnę, jak bardzo urosły mi skrzydła, kiedy usłyszałam od niej „pani Anito, pani całkiem nieźle pisze” – ale to już było po szkole, jaką przeszłam u profesor Wojatowicz:) Ona zresztą zaproponowała mi pracę na uczelni. Kiedy po kilku dniach drugą propozycję dostałam od profesora Wawrzeńczyka, westchnęłam za moją ukochaną chemią, ale dałam już słowo i nie mogłam zawieść. Lojalność to ważna cecha.

Co jeszcze jest ważne w pracy naukowca?

Konsekwencja, systematyczność i pracowitość, taka codzienna. Niejednokrotnie należy też wykazać się cierpliwością i nie wolno się zniechęcać. Czasami długo coś nie wychodzi, ale z każdego wyniku trzeba czerpać naukę. Oczywiście oznacza to również, że cierpię na permanentny brak czasu. Doba powinna mieć 48 godzin może wtedy byłabym zadowolona, a tak ciągle mam poczucie, że coś zawalam, albo w domu, albo w pracy! Stresują mnie nagromadzające się na biurku, wyniki badań, które już powinny być opublikowane, bo gdzieś na świecie mogą robić podobne rzeczy i nas wyprzedzą!
rozmawiała Katarzyna Kaczorowska