Studentka UPWr na stażu w RPA

Katarzyna Bugiel, studentka VI roku weterynarii UPWr, odbyła staż w Parku Narodowym Krugera w RPA. Nam opowiada o tym, jak wygląda leczenie i ochrona dzikich zwierząt w rezerwacie, w którym ogromnym problemem jest kłusownictwo.
11 stycznia 209 roku

Jest jedyną Polką w historii i jedną z 24 osób z całego świata, która w 2018 roku wzięła udział w  programie Student Elective Clinic w Parku Narodowym Krugera (PK) w Republice Południowej Afryki. Zorganizowała zbiórkę na portalu crowdfundingowym, w celu pokrycia części kosztów wyjazdu. W pomoc zaangażowała się także społeczność UPWr i lokalne media. Nadwyżkę zebranych pieniędzy Kasia przekazała schronisku dla zwierząt w Wodzisławiu Śląskim, swojej rodzinnej miejscowości.

– Szukałam stażu w Afryce ponad pół roku. Ze względów etycznych nie chciałam, żeby był to specjalnie zorganizowany pod studentów program w prywatnym rezerwacie. Wolałam pojechać do miejsca, gdzie będę pomagać lokalnym lekarzom weterynarii w ich codziennej pracy, uczyć się od nich w praktyce. W Parku Krugera staże organizowane są od kwietnia do września, czyli w okresie najintensywniejszej pracy. Staż trwa dwa tygodnie, a jednocześnie bierze w nim udział tylko dwóch studentów – mówi Kasia Bugiel, studentka UPWr, która o tym, że zostanie weterynarzem zdecydowała już w szóstej klasie podstawówki. I nigdy nie miała planu B.

kasia_bugiel_5
fot. archiwum prywatne

– Sam staż był bezpłatny, ale spore koszty wygenerowało wszystko dookoła niego. Tak pozytywny odbiór akcji crowdfundingowej bardzo mnie zaskoczył! – przyznaje studentka. – A wyjazd był niesamowity! Choć nie było ulgowego traktowania.

Już pierwszy kontakt z parkiem okazał się wyzwaniem. Trwała akurat akcja ścigania kłusowników, podczas której, aby utrudnić komunikację i ucieczkę, na całym terenie wyłącza się sieci komórkowe, Internet, nawigacje. – W buszu trudno o porządną drogę, a co dopiero znaki drogowe… Problem był nawet z wypożyczeniem auta (park jest wielkości Słowenii, więc każdy stażysta ma zapisany w umowie obowiązek wypożyczenia samochodu – musi umieć dotrzeć na miejsce wezwania), potem musiałam się jeszcze przestawić na ruch lewostronny. Na szczęście druga studentka, którą poznałam już w samolocie, pochodziła z Wielkiej Brytanii (śmiech).

Pierwszą akcją w terenie, w której Kasia wzięła udział było łapanie zebr, które później przewieziono do parku narodowego w Mozambiku, gdzie populacja tych zwierząt jest bardzo zredukowana. O 4 nad ranem nad PK wyrusza helikopter, który lokalizuje stado i określa teren łapania. 50-osobowa ekipa buduje ogromne ogrodzenie w kształcie litery V, podzielone na pięć stref, do którego helikopter zapędza zebry. Poszczególne strefy zamykane są w momencie, w którym znajdą się w nich wszystkie zebry i w ten sposób „przepycha” się je w kierunku ciężarówki. Nawet jedna zebra po złej stronie ogrodzenia stwarza zagrożenie dla człowieka. Później z naczepy zwierzętom podaje się leki uspokajające i przeciwpasożytnicze. I tu też trzeba uważać, zebry są o wiele bardziej niebezpiecznymi zwierzętami, niż się wydaje.

kasia_bugiel_1
fot. archiwum prywatne

– Chodzimy po buszu i ciągle słychać: uwaga na węże! uwaga na lwa! Po zmroku, a latem robi się tam ciemno już koło 17, wszyscy szukają świecących w ciemności oczu. Poza wioskami turystycznymi i ogrodzoną bazą mieszkalną pracowników nie można przejść nawet metra, wszędzie jeździ się samochodem, bo nigdy nie wiadomo, jakie zwierzęta znajdują się w pobliżu. Nawet jak ktoś odwozi cię wieczorem do bazy świeci światłami w kierunku drzwi i czeka, aż wejdziesz do środka – wszędzie są hieny, podobno w okolicy obozu krążył też lampart. W drugim tygodniu dowiedziałam się, że przed założeniem butów rano, powinnam je wytrzepać z potencjalnych skorpionów. Przed moim przyjazdem jeden z lekarzy jechał na lotnisko wyciągać kobrę z kanapy… No cóż, nie jest to najbezpieczniejsze miejsce, szczególnie dla ludzi przyzwyczajonych do życia w zupełnie innym klimacie, ale ja czułam się tam świetnie. Zdarzyło mi się zatrzymać na chwilę w ferworze pracy i zdać sobie sprawę, że dookoła jest tylko natura, dzikość – opowiada Kasia i przyznaje, że podczas swojego stażu miała dużo szczęścia: dwukrotnie wzięła udział w translokacji nosorożców, czyli łapaniu i przewożeniu ich z południa na północ parku.

Park Narodowy Krugera to największy i jeden z najpopularniejszych parków narodowych w południowej Afryce, w którym mieszka ogromna liczba gatunków zwierząt, w tym wielka afrykańska piątka: słoń sawannowy, nosorożec czarny, lew, bawół afrykański i lampart. Żyje w nim również większa część populacji nosorożca białego południowego – z około 20 tys. osobników na świecie w Parku Krugera żyje aż 9-12 tys. Dlatego też jednym z największych problemów, z jakim zmagają się pracownicy PK jest kłusownictwo. Jeszcze kilka lat temu nielegalnie zabijane były 3-4 nosorożce dziennie. Obecnie, mimo środków zapobiegawczych na ogromną skalę (przez pewien czas w parku stacjonowało nawet wojsko, obecnie działają specjalne jednostki, m.in. lotnicza), nadal jest to około 400 nosorożców i 40 słoni rocznie. Czarnorynkowa cena kilograma rogu nosorożca, sprzedawanego głownie na rynek azjatycki, wynosi 65 tys. dolarów. Jeden róg może ważyć od 1,5 do 3 kg.

kasia_bugiel_2
fot. archiwum prywatne

– Zabijane są nawet malutkie nosorożce, które mają róg wielkości kciuka. Raz jadąc przez park trafiłam na pięknego, dużego samca, obok którego stał pusty samochód. W lusterku wstecznym zauważyłam zbliżających się do mnie dwóch uzbrojonych mężczyzn… Okazało się, że to rangersi, których zadaniem była 24-godzinna ochrona tego ważnego biologicznie osobnika.

Południe parku jest bardziej turystyczne, łatwiej się tam dostać, dlatego nosorożce przewozi się na północ. W akcji, ponownie, bierze udział cały sztab ludzi – każdy ma przydzielone wcześniej zadanie, więc kiedy lekarz spremedykuje zwierzę przy użyciu specjalnej broni Palmera (a nie jest to łatwe w przypadku ważącego dwie tony nosorożca) wszyscy wiedzą, co mają robić.

– Ja byłam odpowiedzialna za monitorowanie znieczulenia i parametrów życiowych nosorożców. Transport był połączony z międzynarodowymi badaniami, więc każdemu nosorożcowi pobieraliśmy krew, zakładaliśmy pasek z urządzeniem do monitorowania pracy serca oraz pobieraliśmy próbki kału do badań mikrobiologicznych. Aplikowaliśmy chip, a co drugiemu obcinaliśmy też róg, żeby sprawdzić, czy zwiększy to ich szanse na przeżycie. Róg obcięty do odpowiedniej wysokości odrośnie w około sześć miesięcy. Niestety, dla kłusowników liczy się każdy centymetr, więc wycinają go aż do kości – Kasia przyznaje, że pobyt w RPA zmienił jej sposób postrzegania ochrony gatunków i problemu kłusownictwa.

W niektórych afrykańskich parkach rogi obcina się „prewencyjnie”, żeby zniechęcić kłusowników. Jednak często nosorożce i tak są zabijane. Gdy po wielodniowym tropieniu okazuje się, że znaleziony osobnik ma odcięty róg, kłusownicy zabijają go z kilku powodów: aby pokazać władzom, że obcinanie rogów wcale nie uratuje zwierząt lub żeby przypadkiem nie tropić ponownie tego samego zwierzęcia w przyszłości. Sprawy nie ułatwia też korupcja.  Zdarzało się, że informacje na temat miejsca przebywania zwierząt wyciekały z grona obsługi PK, dlatego teraz wszystkie akcje objęte są ścisłą tajemnicą. Lekarze starają się, aby o miejscu wypuszczenia nosorożców wiedziało jak najmniej osób. Nawet jako członkowie ekipy, prawie do samego końca nie znaliśmy dokładnej lokalizacji.

kasia_bugiel_4
fot. archiwum prywatne

Kłusowników ścigają rangersi – m.in. uzbrojona jednostka z psami myśliwskimi sprowadzonymi specjalnie do tego celu z Teksasu. W niektórych krajach Afryki rangersi mają prawo zastrzelić każdą osobę przebywającą w rezerwacie nielegalnie, po godzinach zamknięcia. W RPA zgodnie z prawem kłusownikowi grozi więzienie, ale w praktyce podczas pościgu często dochodzi do strzelaniny, w której ginie jedna ze stron. Są środowiska, które starają się zalegalizować handel rogiem nosorożca mając nadzieję, że zapobiegnie to kłusownictwu.  Oprócz nosorożca w PK masowo kłusuje się także na łuskowca (ang. Pangolin), o którym nie mówi się dużo w mediach. Z łusek tego zwierzęcia wykonuje się specyfiki używane w medycynie azjatyckiej. W maju 2018 roku zatrzymano statek, który nielegalnie wywoził z Afryki 8 ton łusek łuskowca.

– Brałam udział w sekcjach zwłok bawołów afrykańskich i leczyłam guźca złapanego w sidła. Widziałam bardzo odmienną przyrodę, a przez tamtejszych lekarzy byłam wypytywana o nasze, polskie dzikie zwierzęta. Opowiadałam więc o żubrach, wilkach, dzikach i jeleniach. Dla nich to tak samo duża atrakcja, jak dla nas słonie. Takie wyjazdy zmieniają perspektywę. Dają możliwość poznania i porozmawiania z bardzo ciekawymi ludźmi, którzy pracują w zupełnie innych warunkach, mają zupełnie inne poglądy. Otwieramy się na sprawy, o których wcześniej mieliśmy tylko nikłe pojęcie. Zdobywamy kontakty zawodowe i doświadczenie. Nie tylko weterynaryjne, ale i życiowe, bo nie zawsze jest łatwo – podsumowuje Kasia, która wyjeżdżanie zaczęła już na drugim roku studiów od praktyk w Niemczech – pracowała tam w sportowej stadninie koni.

kasia_bugiel_3
fot. archiwum prywatne

Po czwartym roku pojechała do szpitala dla małych zwierząt w Rzymie na praktyki w ramach programu Erasmus+. Przez trzy miesiące sama, choć pod czujnym okiem innego lekarza, przyjmowała czworonożnych pacjentów. Na piątym roku mieszkała w Saragossie, także w ramach Erasmusa. Prosto z Saragossy pojechała do RPA, a z RPA do Barcelony – znowu na praktyki. Po zakończeniu studiów planuje staż absolwencki w klinice onkologicznej w Bolonii, bo to właśnie onkologią małych zwierząt chciałaby się w przyszłości zajmować. W planach ma również międzynarodową specjalizację, a już od marca spędzi miesiąc w Tajlandii lecząc tamtejsze bezdomne psy i koty.

mj