Prof. Niżański: – Wciąż poznajemy tajemnice rozrodu

Prof. Wojciech Niżański z Kliniki Rozrodu z Kliniką Zwierząt Gospodarskich: – Medycyna weterynaryjna powinna wziąć pod uwagę badania z zakresu medycyny człowieka dotyczące wpływu wieku rodziców na zdrowie dziecka.
7 grudnia 2018 roku

Zajmuje się Pan rozrodem, a na ostatnim kongresie na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu mówił o badaniach z zakresu medycyny człowieka, które weterynaria powinna wziąć pod uwagę.

Tak, dokładniej zaś mówiłem, że nie dostrzegamy tego, co zostało dostrzeżone u człowieka. Otóż z badań wynika, że wiek ojca wpływa na zdrowie dziecka. Im starszy ojciec, tym wyższa częstotliwość różnych chorób.  W medycynie weterynaryjnej do tej pory pytaliśmy się tylko o to, czy samiec, buhaj, ogier, pies czy kot bardzo cenny pod względem hodowlanym daje w zaawansowanym wieku szansę maksymalnego wykorzystania reprodukcyjnego. Zależało nam na tym, by rodziło się jak najwięcej potomstwa o pożądanych cechach, nikt jednak nie zadał pytania, które już dawno zostało zadane w medycynie człowieka – o możliwe tego konsekwencje dla zdrowia potomstwa.  

pies1
fot. Shuttersctock

W przypadku samic granicą rozrodu jest zanik owulacji. W przypadku samców wydaje się, że takiej granicy nie ma.

Teoretycznie granicy w wielu przypadkach nie ma. Potomstwo można uzyskać od samca w nawet bardzo podeszłym  wieku. Związki hodowców wielu gatunków zwierząt towarzyszących nie stawiają tu barier dla reproduktorów. Jest pewnie za wcześnie, by w medycynie weterynaryjnej taką granicę wyznaczyć, ale na pewno powinniśmy zacząć dyskusję na ten temat. Taka dyskusja w medycynie człowieka już trwa, a jej głównym celem jest zmiana świadomości. Kiedyś pytanie brzmiało: „czy mogę jeszcze mieć dzieci?”. Teraz bardziej na czasie jest pytanie: „Jakie są konsekwencje późnego rodzicielstwa?”.
Badania statystyczne pokazują, że od starszych ojców częściej rodzą się dzieci, które mają tendencje do różnych schorzeń. Wszystko wskazuje na to, że u zwierząt jest podobnie.
Przeglądając piśmiennictwo i współpracując ze specjalistami zaangażowanymi w medycynę człowieka uznałem, że czas zająć się tymi zagadnieniami w odniesieniu do zwierząt. Uważam, że w medycynie weterynaryjnej do tego problemu można podejść z dwóch stron. Powinniśmy dyskutować na temat tego, co odkryto w medycynie człowieka i zastanowić się, czy starszy piesek, na przykład 13-letni, powinien mieć potomstwo i czy rodzące się wynicowce, czy płody z wodogłowiem nie są konsekwencją jego wieku. Dlaczego suczka, nawet młodsza, rodzi trzy zamiast dziesięciu albo dwa zamiast ośmiu szczeniąt czy kociąt? Czy to wynika z tego, że ona jest mniej płodna, czy też on ma gorszej jakości nasienie? A może to skutek błędów natury genetycznej? Zwykle płody obarczone nimi rozwijają się do pewnego momentu, później są resorbowane, a więc dochodzi do swoistej selekcji naturalnej. Ale może się zdarzyć, że płody z anomaliami przeżyją do porodu. Prace statystyczne w medycynie człowieka powinny nas inspirować do tego, żeby ekstrapolować ich wyniki na medycynę weterynaryjną.

walentynki-2
Prof. Wojciech Niżański: – Medycyna człowieka w wielu aspektach jest dla nas inspiracją do własnych badań
fot. Tomasz Lewandowski

A to nie jest tak, że zwierzęta są modelem do badań nad medycyną człowieka?

To prawda. Można mówić, że w przypadku rozrodu mamy do czynienia z odwróceniem sytuacji, ale dzieje się tak nie pierwszy raz. Medycyna weterynaryjna korzysta przecież z ogromnego instrumentarium diagnostycznego, które tworzone jest początkowo z myślą o ludziach, a nie o zwierzętach. To zresztą dało nam ogromny skok techniczny i bardzo mocno poszerzyło możliwości leczenia.

Po raz pierwszy o znaczeniu wieku w rozrodzie zwierząt mówił Pan na kongresie w Wenecji.

Tak i okazało się, że dotknąłem ważnego i ciekawego dla naszego środowiska tematu. Zwierzęta towarzyszące są utrzymywane przy człowieku do późnych lat swojego życia i są podobnie do człowieka narażone na wszystkie negatywne wpływy cywilizacyjne. Jeżeli w tym życiu istotny jest rozród, to powinniśmy spojrzeć na niego szerzej, wieloaspektowo. U ludzi selekcja odbywa się w oparciu o wiele czynników natury zarówno fenotypowej, jak i o podłożu genotypowym, a dobór, jak wskazują badania, nie jest przypadkowy. Natura walczy z homogenicznością genetyczną, pokazując nam, jak istotna jest bioróżnorodność. Zajmując się rozrodem zwierząt  towarzyszących i gospodarskich też powinniśmy zacząć myśleć o bioróżnorodności. Wiemy przecież, że homozygotyczność ma negatywne następstwa, dość wspomnieć o hemofilii występującej w dynastiach królewskich, czego szczególnym przykładem był syn Mikołaja II. Chłopiec chorobę odziedziczył po matce Aleksandrze, księżniczce heskiej, wnuczce królowej Wiktorii, która była źródłem wadliwego genu. Zakaz wchodzenia w związki kazirodcze u ludzi wyniknął z zagrożeń, jakie niosą one dla potomstwa. Niejako „empirycznie” zauważyliśmy, że to jest ślepa uliczka. Oczywiście dzisiaj głos w tej sprawie zabiera genetyka. Wracając zaś do zwierząt i pracy hodowlanej, wiemy jak bardzo istotne są  ograniczenia chowu wsobnego. Wiemy, że powoduje on gorsze przyrosty, narażenie na choroby, zamieralność zarodków, trudniejsze  porody i generalnie gorszą produkcyjność. Jeśli więc stosujemy techniki wspomaganego rozrodu u zwierząt, to otwiera się pole działania dla genetyków – to oni powinni pomóc w decyzji,  które gamety połączyć zapłodnieniem w szkle, nasienie którego samca użyć do inseminacji. Do genetyków należy sprawdzanie profile genetycznych i pilnowanie, by były jak najdalsze od siebie.

To jest trochę wchodzenie w rolę Pana Boga.

Nie, bo myśmy jako cywilizacja w pewnym sensie już w taką rolę przejęli dawno temu, a teraz nauczeni tym błędem tylko naprawiamy to, co zepsuliśmy.

A co zepsuliśmy?

Ekspansja człowieka, rozwijanie miast, dróg, autostrad, osiedli mieszkalnych powoduje zamykanie przestrzeni, na której żyją zwierzęta. Oczywiście robimy jakieś mosty, ale zwierzęta  się ich boją. Tak więc to my separujemy populacje i w ten sposób wprowadzamy tam chów wsobny. Ratujemy zwierzęta w zoo i to jest dobre, ale znowu  pojawia się problem małych populacji, a więc małej puli genetycznej. To mogłoby być ślepą uliczką, na końcu której jest wymarcie gatunku. Dlatego wozimy te zwierzęta do innych, wymieniamy osobniki pomiędzy różnymi populacjami. Bardzo pomagają tu też techniki wspomaganego rozrodu, bo dużo łatwiej jest wozić gamety niż zwierzęta. Generalnie jednak człowiek doprowadził do tego, że giną gatunki. Dlatego naszym obowiązkiem moralnym jest zahamowanie tego procesu. Ale wracając do początku naszej rozmowy – w gametach jest tak, że im są one starsze, tym  bardziej telomery ich chromosomów ulegają zmianom destruktywnym. Dochodzi zatem do upośledzenia ich funkcji protektywnej w odniesieniu do chormatyny i DNA. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że młody samiec, który dopiero co osiągnął wiek przydatności do rozrodu, przeżył w swoim życiu kilkadziesiąt replikacji w plemnikach komórek gametogenicznych. U starszego samca tych następujących po sobie replikacji w obrębie komórek rozrodczych jest kilkaset razy więcej, co oznacza, że rośnie istotnie ryzyko, iż coś pójdzie nie tak, że za którymś razem dojdzie na przykład do mutacji. Plemnik praktycznie nie ma cytoplazmy, więc jego możliwości naprawcze błędów genetycznych w jądrze komórkowym są bardzo małe. Tę możliwość daje oocyt, czyli komórka jajowa samicy, która akurat posiada bardzo dużo cytoplazmy, wpływając na proces translacji, a więc przepisywanie informacji z materiału genetycznego na białka.

Co to oznacza?

Ryzyko błędu u starego samca i samicy, która jeszcze ma zdolność reprodukcyjną, a już nie jest młoda, rośnie. Cały czas poznajemy mechanizmy rozrodu i odkrywamy to, co niesie ze sobą genetyka. Czy ta jest zagrożeniem, czy raczej ostrzeżeniem? W przypadku zwierząt lekarz weterynarii często de facto nie nie ma pełnej kontroli nad rozrodem, bo ten kontroluje potrzeba rynku. Czyli biznes, moda, a nie ludzie zaangażowani w genetykę, czy naszą dyscyplinę. Doszło na przykład do takiej sytuacji, że z powodów sentymentalnych, wystawowych czy na potrzeby sportu klonowane są zwierzęta na przykład konie do polo itp.

Ale nie ma gwarancji, że klon będzie taki sam.

Rzeczywiście nie ma gwarancji, dlatego, że w fenotypie znaczenie materiału genetycznego pozajądrowego czyli tego, którego nie da się już sklonować, jest bardzo duże, więc te klony nigdy nie będą identyczne. Prawdę mówiąc, nikt nad tym do końca nie panuje, bo trudno jest być wielkim nadzorcą tego świata. Ale właśnie dlatego powinniśmy określić zero etyczne: jak kojarzyć zwierzęta, kiedy można wykorzystywać techniki wspomaganego rozrodu, jakie techniki można wykorzystywać a kiedy to powinno być to zabronione. Jeżeli ktoś chce, żebyśmy na przykład stosowali klonowanie  dla pieniędzy, to trzeba powiedzieć jasno – nie. Jeśli dla ekologii, by pomóc ratowaniu gepardów czy rysi, to jeśli już nie będzie innego wyjścia – tak. To są wszystko narzędzia. Z jednej strony genetyka, z drugiej strony kontrola reprodukcyjna, a z trzeciej techniki wspomaganego rozrodu. Są one jak inne narzędzia, jak młotek – można nim przybić gwóźdź, na którym powiesimy piękny obraz, a można nim komuś rozbić głowę. Pamiętajmy też, że nastawienie tylko na produkcyjność zwierząt, na wysoką wydajność, nie idzie w parze z reprodukcją. Tak weszliśmy w fazę bioróżnorodności, zrozumienia jej wagi, budowania na niej strategii ochrony gatunków, ale też powrotu do normalności, do natury.
rozmawiała Katarzyna Kaczorowska