Sebastian Ploch: ultramaratończyk

Prowadzi zajęcia z technologii informacyjnej i statystyki dla studentów pierwszego roku weterynarii, a wciągu ostatnich 10 lat przebiegł blisko 50 maratonów i górskich ultramaratonów. W tym jeden z najważniejszych – maraton bostoński – w barwach UPWr.
28 listopada 2018 roku

Sebastian Ploch prowadzi zajęcia z technologii informacyjnej i statystyki dla studentów pierwszego roku weterynarii. Chociaż zaczął biegać tak po prostu, bez żadnego konkretnego celu, to w ciągu ostatnich 10 lat przebiegł już prawie 50 maratonów i górskich ultramaratonów. Krótszych biegów nawet nie liczy i sam twierdzi, że wcale nie biega dużo – jakieś 2,5 tys. km rocznie. W kwietniu w koszulce Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu przebiegł najsłynniejszy maraton na świecie.

boston_maraton-7
fot. Tomasz Lewandowski

– Maraton bostoński to najstarszy nowożytny rozgrywany corocznie maraton, pierwsza jego edycja odbyła się w kwietniu 1897 roku. Należy do tak zwanej wielkiej szóstki maratonów (Berlin, Londyn, Nowy Jork, Chicago, Tokio i Boston). Najtrudniej się na niego dostać, bo jest jedynym z tych sześciu, na który nie można wylosować miejsca – trzeba spełnić wymogi kwalifikacyjne. I choć formalnie trasa nie spełnia wymogów Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (zbyt duża odległość i różnica wysokości pomiędzy startem i metą), a wyniki nie są oficjalnie uznawane, to i tak wszyscy o nim marzą – wyjaśnia.

– To również niesamowita operacja logistyczna. Zazwyczaj w biegach ulicznych start i meta są w tym samym miejscu, często w centrum miasta, więc łatwiej wszystko zorganizować. A w Bostonie maraton ma trasę liniową, co oznacza, że trzeba przetransportować ponad 30 tys. osób poza miasto na start. Wykorzystuje się do tego setki żółtych schoolbusów, które od godz. 6:00 co chwilę odjeżdżają z centrum Bostonu i mkną autostradą w eskorcie policji na start do Hopkinton. Widok jest niesamowity – opowiada Sebastian Ploch, który zakwalifikował się do biegu dzięki własnemu rekordowi pobitemu w ubiegłorocznym maratonie we Wrocławiu. W Bostonie poprawił go o kilka sekund.

ploch1
fot. archiwum prywatne

 – To może brzmieć głupio, bo zrobiłem w Bostonie życiówkę (3:10:33), ale strategicznie to była porażka – w drugiej połowie nieco opadłem z sił, coś zaczęło kłuć mnie w nodze, zastanawiałem się, czy w ogóle dobiegnę. A wszystko dlatego, że było wyjątkowo chłodno: odczuwalna temperatura spadła poniżej zera, do tego padało i bardzo mocno wiało. Według organizatorów ostatnio tak złe warunki były w 1970 roku. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu tak przemarzł, chociaż nie ukrywam, że lubię biegać w zimnie i deszczu. Z tego powodu pobiegłem bardzo szybko początek, żeby się trochę rozgrzać. Biegam także w górach w zimie, ale wtedy przynajmniej jestem na to przygotowany. Sam bieg, choć formalnie „z górki” (spadek wysokości start-meta to 139 m), jest dość wymagający, ponieważ trasa jest wyjątkowo mocno pofałdowana, a największe pagórki (w tym słynny o nieprzypadkowej nazwie Heartbreak Hill) pojawiają się po 30 kilometrze.

Maraton bostoński odbywa się zawsze w trzeci poniedziałek kwietnia i jest głównym elementem obchodów Dnia Patriotów. Uczestnicy podzieleni są – w zależności od czasu, z jakim zakwalifikowali się do maratonu – na 4 fale startowe i 8 zagród w ramach każdej z nich. Każdy ma podany dokładny czas odjazdu jego autobusu i startu swojej fali, a za wystartowanie za szybko jest się automatycznie zdyskwalifikowanym. Po zamachu, który miał miejsce tuż przed samą metą biegu na Boylston St. w 2013 roku, kontrole bezpieczeństwa obowiązują biegaczy i kibiców na każdym kroku.

boston_maraton-2
fot. archiwum prywatne

Z wielkiej szóstki Sebastian Ploch biegł także w Berlinie. Trzy razy. – Berlin jest fantastyczny, to też najszybsza uliczna trasa na świecie. Szacuje się, że wzdłuż całej trasy około milion kibiców krzyczy i dopinguje tak samo mocno i pierwszego, i ostatniego biegacza. Od 30 km, a mówi się, że maraton zaczyna się właśnie po 30 km, to jest dla wielu najtrudniejszy moment, biegnie się już do samego końca w szpalerze kibiców. Taki doping daje niesamowitego „kopa”, adrenalina rośnie, w człowieka wstępują nowe siły – opowiada maratończyk. Ale jednocześnie przyznaje też, że przychodzi moment, w którym uliczne biegi przestają być takie fascynujące. Oczywiście nadal się je biega, nadal marzy się o takich maratonach jak w Bostonie, ale jednocześnie chce się spróbować czegoś innego.

– Górskie, długie bieganie jest zupełnie inne. Nie ma planu, nie ma precyzyjnie nakreślonej strategii, bo jest zbyt wiele zmiennych, których nie sposób przewidzieć. Co można planować na 20 czy 30 godzin w terenie, chyba tylko przetrwanie. Bywa, że są to biegi bardzo kameralne, można przez kilka godzin nikogo na trasie nie spotkać. Trzeba mieć odpowiednie wyposażenie, a za brak któregokolwiek z wymaganych elementów grożą kary czasowe lub nawet dyskwalifikacja, więc biega się z obciążeniem. Inaczej trzeba też rozplanować kwestie związane z jedzeniem i nawadnianiem, bo punkty żywieniowe oddalone są czasem co 20-25 km, co w przypadku gór oznacza odległość 4-5 godzin biegu.

boston_maraton-5
fot. archiwum prywatne

– Poza tym nie przez cały czas się przecież biegnie. Kiedy wiadomo, że jest źle? Kiedy wchodzi się pod kolejną górę i wyprzedza nas turysta. Może on dopiero wyruszył i idzie pół godziny, a ja jestem na trasie od 15 godzin, ale to jest naprawdę trudny moment. W biegach najdłuższych, o ile jest to oczywiście możliwe, według mnie najważniejsze jest zakończyć rywalizację przed drugą nocą. Druga noc w terenie jest trudna psychicznie, różne rzeczy zaczynają się dziać z człowiekiem.

Najdłuższy bieg w swoim życiu Ploch pobiegł w zeszłym roku. Pokonanie Lavaredo Ultra Trial, jednego z dwunastu największych biegów górskich na świecie tworzących Ultra-Trail World Tour, czyli 120 km we włoskich Dolomitach, zajęło mu 21 godzin i 28 minut. Cel: legendarny Ultra-Trail du Mont-Blanc (UTMB) – 170-kilometrowa pętla wokół masywu Mont Blanc z sumą przewyższeń ok. 10 tys. m. W wakacje zrobił już rekonesans najtrudniejszej części trasy.

boston_maraton
fot. archiwum prywatne

Do tej pory nie zdarzyło mu się jeszcze nie ukończyć biegu, choć jak sam przyznaje, kiedyś będzie ten pierwszy raz, kiedy przy nazwisku pojawią się litery DNF. Bo to się każdemu musi kiedyś zdarzyć, szczególnie w górach, gdzie – jeśli coś „nie zagra” w środku trasy – nie ma mowy o awaryjnym dojściu do mety.

– Czy bieganie uzależnia? Pewnie tak. Chociaż miewam okresy, w których muszę się nieco przymuszać do biegania, albo w których wręcz sobie odpuszczam – z reguły na przełomie października i listopada, pod koniec sezonu daję sobie trochę czasu na odpoczynek. Ale zazwyczaj po prostu fajnie jest wyjść pobiegać. Po co te biegi, góry? Dla satysfakcji, zabawy, pokonywania wyzwań. Bycie wyczynowym sportowcem, to jest katorga, bycie sportowcem-amatorem, na własnych zasadach, na luzie, to sama przyjemność – podsumowuje Sebastian Ploch.

mj