Doktorat honoris causa dla prof. Bogusława Buszewskiego

Profesor Bogusław Buszewski, doctor honoris causa Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, o tym, dlaczego nie został lekarzem, a chemikiem, o pasji do nauki, znaczeniu chromatografii, o swoich mistrzach i uczniach.
3 października 2018 roku

Czy z dzisiejszej perspektywy nie żałuje Pan, że został naukowcem? Czy to był ten najlepszy z możliwych życiowych wyborów?

Oczywiście, że nie żałuję. Młody człowiek, który wstępuje w te, nazwijmy je, naukowe szranki, nie zdaje sobie sprawy z wielu rzeczy, jakie są przed nim. Nie wie, co go czeka i co napotka, a szczególnie nie wiedziało tego moje pokolenie.

Kończył Pan studia pod koniec lat 70.

To nawet nie był tylko ubiegły wiek, to była zupełnie inna epoka, inna rzeczywistość i nikt z nas nie miał świadomości, jak bardzo się ona zmieni za naszego życia. Ja miałem wielkie szczęście i frajdę. Spotkałem wspaniałych ludzi, miałem swoich mistrzów, wielkich uczonych. Do pracy zostałem przyjęty już na czwartym roku studiów przez jednego z najwybitniejszych specjalistów w zakresie chemii fizycznej, chromatografii, fizykochemii zjawisk powierzchniowych i technologii światłowodowych – profesora Andrzeja Waksmundzkiego. To on dał mi szansę, którą lepiej lub gorzej starałem się wykorzystać.

buszewski_hc
Prof. Bogusław Buszewski z Uniwersytetem Przyrodniczym we Wrocławiu współpracuje od lat. Robił m.in. badania dl;a prof. Tołpy
fot. Tomasz Lewandowski

Gorzej?

No dobrze, lepiej, bo dane mi było pracować z największymi chemikami tego świata, zarówno w kraju, jak i za granicą. To wielka satysfakcja i równie wielka frajda, tym bardziej, że zamiłowanie do chemii wyniosłem z domu. Mój ojciec był chemikiem, po Politechnice Wrocławskiej, więc można zaryzykować stwierdzenie, że nasiąkłem chemią od dzieciństwa. Notabene żona też jest chemikiem, choć genetycznie nie jest rodziną, a tworzy rodzinę. Patrząc z pozoru nieco żartobliwie, mówimy przecież, że między ludźmi jest lub nie ma chemii. Traktujemy to powiedzenie oczywiście jako przenośnię, ale przecież ta chemia między nami jest naprawdę. Trudno sobie bez niej wyobrazić życie czy interpretację jakichkolwiek procesów i przemian, jakie mają miejsce w ekosystemie. Mnie zainteresowały procesy, jakie zachodzą na poziomie komórkowym i  konsekwencje wynikające z tych przemian.
Szukałem prawdy, przybliżając swoją wiedzę i umiejętności do interpretacji tego, co obserwowałem, bo przecież praca naukowca eksperymentatora polega na interpretacji tego, co obserwuje.

To dlaczego został Pan chemikiem, a nie lekarzem?

Ależ ja chciałem być lekarzem! Zacznijmy od tego, że choć jestem kosmopolitą i pochodzę z Rzeszowszczyzny, to tak naprawdę urodziłem się we Wrocławiu, czyli korzenie moje sięgają Lwowa. Moi rodzice z Kresów dotarli do Wrocławia, jak wielu jego mieszkańców, po wojnie. Wspomniałem już, że ojciec skończył tu politechnikę i podjął pierwszą pracę w Żarowie, ale zaraz po dwóch latach został służbowo przeniesiony na Podkarpacie. Dorastałem w Nowej Sarzynie, a w Leżajsku kończyłem liceum. I właśnie tam moim wzorem stał się przyjaciel ojca, dr Antoni Kisiel, wybitny chirurg, bardzo wspaniały człowiek i taki trochę lwowski batiar. Bardzo był zaprzyjaźniony z moim ojcem i moją rodziną. Dzięki niemu dotknąłem innego świata, którego nie znałem – zabrał mnie do szpitala, pokazał salę operacyjną. Licealiście! Był  niezwykle etyczny i politycznie miał twardy kręgosłup, więc miałem od kogo czerpać wzorce. Miałem też szczęście, bo w liceum historii uczyła mnie świetna nauczycielka, profesor M. Szejman, która dbała o nas, martwiła się o nas i wkładała nam w głowy wszystkie te rzeczy, których nie było w ówczesnych książkach. Dzięki niej wiedzieliśmy, czym był Katyń, a nie Hatyń, kim był Piłsudski, Sikorski. Historia nie była dla nas tajemnicą, ani zakłamaną farsą. Lubiłem historię.

Ale historykiem też Pan nie został.

Już mówiłem, chciałem studiować medycynę. Ale jak to często w życiu bywa, o mojej życiowej drodze zdecydował przypadek. Nie dostałem się na studia we Wrocławiu, zabrakło mi jednego punktu. A ponieważ nie miałem jeszcze 18 lat, bo byłem rocznikiem, który objęła reforma szkolnictwa, i nie chciałem iść w kamasze, złożyłem papiery na farmację w Lublinie. Prawdę mówiąc, niespecjalnie mi ta farmacja leżała, ale szczęśliwie dla mnie, chemię fizyczną wykładał profesor Waksmundzki. I to on któregoś dnia powiedział: „co tu będziesz się męczył, przejdź do nas na chemię”. I tak za jego namową przeszedłem na chemię. Na tę chemię mogłem pójść od razu i to bez egzaminów, bo jako olimpijczyk miałem egzamin „z głowy”…

…ale może musiał Pan do niej dotrzeć okrężną drogą.

Może... Zostały mi za to zainteresowania i zamiłowanie do medycyny i badań z pogranicza właśnie medycyny, farmacji i biochemii. Kiedy zaczynałem swoją karierę chemika, nie istniało jeszcze pojęcie biotechnologii w obecnym znaczeniu life science. Interesowało mnie nie bezpośrednie leczenie, tylko to, co dzieje się w komórce w żywym organizmie. Żeby poznać te procesy, postanowiłem wykorzystać do tego celu właśnie chromatografię i techniki z nią związane.

Profesor Waksmundzki jest ojcem polskiej szkoły chromatograficznej, która powstała na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Profesor profesorów, autorytet pierwsza liga. Mistrz. I to dzięki niemu w tę chromatografię, że tak kolokwialnie powiem, wdepnąłem. Realizowałem badania między innymi dla potrzeb Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Dane mi było spotkać profesora Stanisława Tołpę, który postanowił wykorzystać nasze doświadczenia w separacji substancji biologicznie aktywnych właśnie w jego torfach. Jak widać moje naukowe związki z Wrocławiem były wczesne i sięgają czasów, kiedy budowaliśmy naszą pozycję metod chromatograficznych w świecie naukowym.

buszewski_honoris_causa-4
Prof. Buszewski jest przewodniczącym Konwentu UPWr. W lutym 2017 roku gościem Konwentu i rektora Tadeusza Trziszki był Witold Słowik z Ministerstwa Rozwoju
fot. Tomasz Lewandowski

Co decyduje o tym, że bierze Pan jakiś temat na warsztat badawczy? Zajmował się Pan obecnością metali ciężkich w glebach, ale też badaniami antydopingowymi.

Mnie interesują głównie między innymi substancje biologicznie aktywne, czyli te które pobudzają aktywność komórki czy całego organizmu, jego układ immunologiczny, metabolizm, przemiany, jakie zachodzą w korzystnym i niestety, nieraz w niekorzystnym znaczeniu. A dlaczego podejmuję taki lub inny temat? Uczyłem się, rozwijałem i brałem to, co było możliwe do realizacji w tamtych czasach i co dawało mi progres w wykształceniu. Dzięki tym badaniom mogłem też zdobywać środki na aparaturę, a to w perspektywie dawało możliwość realizowania kolejnych, jeszcze ambitniejszych tematów. To procentuje też w wymiarze, który można nazwać szkołą autorską.

To znaczy?

Laboratorium musi być żywe, czyli potrzebuje nie tylko nowoczesnej aparatury badawczej, ale też świetnie wykształconych ludzi, którzy potrafią z niej zrobić użytek. Mam ogromną satysfakcję, że zaczęli przy mnie wyrastać naukowo uczniowie. Niedawno obroniła się moja trzydziesta ósma doktorantka, prace badawcze prowadzi kolejnych dwunastu doktorantów. To już całkiem ładna gromadka, prawda? Osiemnastu już zrobiło habilitację. Doczekałem się też czwórki profesorów. Jak widać, staram się jak mogę (śmiech). W tym względzie jestem płodny. Miałem to szczęście, że jako fizykochemik zajmuję się chemią analityczną – chromatografią, a że byłem w tym chyba niezły, to ludzie zwracali się do mnie z różnego rodzaju pomysłami. Tak tworzyliśmy zespoły badawcze, co z kolei spowodowało, że zacząłem myśleć innymi kategoriami – trzeba szukać swojej drogi, swojego innego świata, a interdyscyplinarność poszerza horyzonty. To z kolei daje możliwości poznawania i interpretacji różnego rodzaju nowych zjawisk. Do tego używa się różnego rodzaju wyspecjalizowanego i nieraz wyrafinowanego instrumentarium. Ja przez lata swojej kariery naukowej pracowałem nad teoretycznym opisem, a następnie wytworzeniem tego instrumentarium. Pozwoliło mi ono badać różne zjawiska i mechanizmy. Już wtedy staraliśmy się prowadzić badania na poziomie molekularnym, czyli analizę śladów.

To proszę powiedzieć, na co czeka świat chemików?

Każdy, nie tylko chemicy, czeka na nowej generacji leki, które poprawią nasze samopoczucie, naszą próżność. Ja na przykład jestem obecnie w okresie rekonwalescencji, po operacji, i chciałbym zastosować to panaceum, które by sprawiło, że…

…budzi się Pan rano i jest cudownie.

Dokładnie. To nie musi być niebieska czy zielona tabletka. Nie musi to być też żółta tabletka profesora Tadeusza Trziszki. Ale generalnie powinno to być coś, co moglibyśmy nazwać veritas vitae, a więc środek mobilizujący siły witalne organizmu. Oczywiście, oprócz czekania na ów cudowny specyfik, ważne jest poznanie procesów zachodzących w tych różnego rodzaju defektach, które powstają w organizmie i w konsekwencji mają negatywny wpływ na jego funkcjonowanie. A po trzecie, najważniejszą sprawą jest trafna diagnostyka medyczna, ale też kontrola produktów żywnościowych.

buszewski_honoris_causa-5
– Kiedy rektor Trziszka zaproponował mi przewodniczenie Konwentowi, wiedział, że wyzwanie, ale nie wiedziałem, czy mu podołam. Dzisiaj mogę powiedzieć, że fascynujące doświadczenie – mówi prof. Buszewski
fot. Tomasz Lewandowski

Proszę też spojrzeć na to tak: jak produkować bardzo precyzyjne, powtarzalne układy? Mam na myśli dla przykładu toksyny, które powstają z jakichś grzybków. Same grzybki nie muszą być toksyczne, ale produkty ich przemiany już tak. I ja te grzybki czy patogeny, bakterie mogę zaprząc, żeby dla mnie pracowały, a więc mogę wykorzystać biotechnologię, by produkowały mi na przykład na jakimś nanostrukturowym nośniku, na przykład Ag, Au czy Zn, sekwencje aminokwasowe czy białkowe o podobnej budowie i strukturze. Te właśnie chcemy wykorzystać jako potencjalne leki, jako to antidotum. Tak dochodzimy do bardzo zaawansowanych technologii. Chcę powiedzieć, że grupa badawcza, którą kieruję, właśnie w tym kierunku zmierza.

W ramach różnych projektów szukaliśmy na przykład biomarkerów chorób nowotworowych do wczesnego wykrywania raka płuc i układu pokarmowego. Obecnie w ramach programu Horyzont 2020, realizujemy projekt ABC-cancer, w którym badamy gazy wydechowe i gazy jelitowe oraz kał w celu określenia charakterystycznych dla choroby jelita grubego i raka płuc biomarkerów. Sprawdzamy skład, co powstaje w wyniku przemiany, jaki udział w tej przemianie mają mikroorganizmy i czy możliwe jest wykorzystanie naszych wcześniejszych ustaleń dla potrzeb szybkiej diagnostyki medycznej. Interesuje nas też wykorzystanie do diagnostyki, obok zaawansowanych technik chromatograficznych i spektroskopii mas, zwierząt, zawłaszcza psów. Wiadomo, że zmysł powonienia psa czy kota jest wielokrotnie bardziej czuły i wrażliwy niż u człowieka, czy tak powszechnie używanego detektora, jakim jest spektrometr mas. Z naszych obserwacji wiemy, że zwierzęta te mogą reagować na obecność komórek nowotworowych w ludzkim organizmie poprzez emisję różnych lotnych związków organicznych. My te obserwacje chcemy zamienić we wstępne rozpoznawanie zmian chorobowych. Więcej, realizujemy z profesorem Trziszką duży projekt finansowany przez NCBiR Plantarum, dotyczący poszukiwania biologicznie aktywnych substancji, które zastępowałyby na przykład szkodliwe cukry. Oczywiście wynika to z ogromnego zagrożenia cukrzycą typu II, która obecnie jest jedną z najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych – realizujemy w zespole projekt NCN Sonatina. Badamy też cyklitole, związki nowej generacji, które mają właściwości antyoksydacyjne i antyrakowe.
Szukamy dróg, dzięki którym jesteśmy w stanie wykorzystać substancje biologiczne aktywne występujące w polskich roślinach uprawnych do celów medycznych, kosmetycznych, suplementacji diet czy chemii gospodarczej.
Jak więc widać, działamy wielokierunkowo na pograniczu różnych dyscyplin co sprawia, że wciąż jest wiele przed nami do odkrycia. Muszę przyznać, że jest to ogromnie fascynujące.

Chemia jednak ma nie najlepszy PR. Z Wrocławiem związany był noblista Fritz Haber, który z jednej strony uratował ludzkość od śmierci głodowej, dając jej nawozy azotowe, ale z drugiej pracował nad gazami bojowymi. Jak zdjąć z chemii to odium czegoś podejrzanego?

Słuchać profesora Dobrzańskiego z Uniwersytetu Przyrodniczego. On powtarza, że „…chemia tylko wtedy truje – gdy się ją źle stosuje…”. I ma rację. Wieki temu był taki badacz, Paracelsus. I on powiedział, że ważna jest doza – dawka. Tyle lat minęło, a jego słowa są wciąż niezmiennie aktualne. Działanie wszystkiego co przyjmujemy, włącznie z jedzeniem czy lekami, będzie wynikało z ilości, czyli dawki. W dodatku u każdego z nas ta ilość dobroczynna i oddziałująca negatywnie jest inna, bo każdy z nas jest inny. I to jest kolejny obszar badawczy, który wciąż polega na jednym – zrozumieniu mechanizmów decydujących o przebiegu procesów. A co do Habera… Problem polega na tym, że nie tylko on jeden był taki, że tak powiem, o podwójnym obliczu. Wszyscy słyszeliśmy o DDT, takim środku ochrony roślin, który najpierw uznano za panaceum na wszystko, a potem się okazało, że więcej przynosił szkody niż pożytku. A przecież Mueller też dostał Nobla. A Skłodowska-Curie? Przecież badała promieniotwórczość i odkryła rad i polon, a spryciarze sprzedawali po tym odkryciu wodę radową – jako cudowny kosmetyk do codziennego użytku depilacyjnego. Ile z kobiet, które tę wodę kupiło i stosowało, zachorowało na chorobę popromienną? I czy to jest wina genialnej Polki? Oczywiście, że nie, bo w ten sposób każdemu można by przeczepić łatkę.
Tak naprawdę podstawowe i zasadnicze pytanie powinno tutaj brzmieć: czy naukowiec z premedytacją działa w imię zła? Jaka jest intencja i odpowiedzialność?
I to nie tylko naukowca, ale też każdego z nas, bo przecież to nie naukowiec produkował wodę radową i zarabiał na niej pieniądze… Po angielsku to tak ładnie brzmi, responsibility… Cóż, różnie z tą odpowiedzialnością bywa. Politycy mają swoją, ksiądz ma swoją, mój doktorant ma swoją. Z moralnością i etyką jest trochę tak, jak z tą prawdą, o której mówił świętej pamięci ksiądz prof. Józef Tischner, że jest święta prawda, tyż prawda i g…o prawda. Nawiązując więc do naszego Paracelsusa, to jest tak jak z tą dozą – ile dasz, tyle masz. Haber z jednej strony pomógł ludzkości, a z drugiej niósł jej zagładę. Teraz będę prowokacyjny. W czasie wojny Niemcy prowadzili doświadczenia na ludziach. I to oczywiste, że wszyscy to potępiamy, jako działanie niegodne i zbrodnicze. Ale medycyna na tych doświadczeniach skorzystała. Nikt publicznie nie powie, że tak jest, bo to jest tabu, ale milczenie nie oznacza, że tego nie wiemy.  

Czy doktorat honoris causa, który odbierze Pan we Wrocławiu, to jest powód do radości, satysfakcji?

Przeczytam pierwsze zdanie, które właśnie napisałem, siedząc w domu po rekonwalescencji – „Z dumą, wdzięcznością, radością, ale i z pokorą”. To chyba wszystko mówi, więc po co mam więcej? Ja jestem taki dziwny facet, bywa że gadam dużo, ale kiedy trzeba, to wyrażam się krótko i konkretnie.

buszewski_honoris_causa-3
Prof. Bogusław Buszewski w 2012 roku został profesorem honorowym Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu
fot. Tomasz Lewandowski

Nie miał Pan chwili zawahania, kiedy dostał propozycję objęcia przewodniczenia konwentu Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu?

Miałem, profesor Tadeusz Trziszka namawiał mnie dosyć długo. A miałem z dwóch powodów. Po pierwsze, nie wiedziałem, czy do tej funkcji się nadaję, po drugie – z Torunia do Wrocławia jest jednak dosyć daleko. Jednakże znałem profesorów tego uniwersytetu, bo nie tylko rektora czy wspomnianego już profesora Dobrzańskiego, ale też profesorów: Wawrzeńczyka, Szulca, Nicponia, Kołacza czy Malarza. Przyjaźnię się z nimi, współpracowałem i współpracuję naukowo. I to ci ludzie przekonali mnie, że powinniśmy wspólnie działać, tym bardziej, że wcześniej prowadziliśmy z powodzeniem projekty takie, jak choćby słynną Ovocurę. Przy tych realizacjach służyłem kolegom swoim doświadczeniem, na przykład przy projektowaniu i wyposażeniu laboratoriów czy wprowadzaniu w Parku Technologicznym ekstrakcji w stanie nadkrytycznym. Jestem jednym z liderów ekstrakcji, dokładniej – jednym, z twórców procesu przebiegającego na granicy ciecz – ciało stałe, którą opatentowałem w 1976 roku. Później zresztą sprzedaliśmy ten patent do Stanów Zjednoczonych. W każdym razie to relacje przyjacielskie sprawiły, że łatwiej było mi podjąć decyzję, chociaż zawsze człowiek ma wątpliwości. Ale teraz muszę powiedzieć, że nie żałuję. To jest fascynujące, bardzo ciekawe i ze wszystkich sił będę wspierał profesora Trziszkę, który szczególnie przekonał mnie do swojego wizjonerskiego i fascynującego tematu jakim jest Zielona Dolina.

Za co lubi Pan Wrocław?

Moja dewiza brzmi: „Nauka jest wolnością”. Tę wolność czuje się też tu we Wrocławiu, który kocham za młodość, piękno, gotyk, za intelektualny ładunek, romantyzm, łączenie Wschodu z Zachodem, za wielokulturowość, wreszcie za to, że jest najpiękniejszym miastem, w którym udało mi się przebywać, po Toruniu, Lublinie czy Krakowie, jak też wielu innych miastach, nie koniecznie polskich. To miasto, do którego wracam z wielkim sentymentem. Zawsze.

A czego uczy Pan swoją młodzież?

Rzetelności, patrzenia w oczy i mówienia prawdy, tradycji, tolerancji i szacunku do każdego, niezależnie od pozycji jaką zajmuje. Uczę też miłości do ojczyzny, bo to jest nasza ojczyzna jak uczył mnie mój Dziadek – lwowiak.

kbk