Anna Modlińska – przyszła weterynarz z powołania

Studentka weterynarii, członkini SKN „Mephitis”, miłośniczka gadów, ptaków, zwierząt dzikich i egzotycznych. Maluje, robi zdjęcia, czyta masę książek i podróżuje. Chce połączyć wszystkie pasje i być jedną z najlepszych w swoim fachu.
  20 czerwca 2018 roku

Aktualnie mieszka w Brnie. Już pod koniec pierwszego roku wiedziała, że na czwartym właśnie tam pojedzie na Erasmusa, poznać prof. Zdenka Knotka. – To jeden z najlepszych specjalistów na świecie zajmujący się gadami. Stwierdziłam, że skoro mogę go poznać, wiele się od niego nauczyć – to dlaczego nie. Nie jestem typowym Erasmusem, moi znajomi śmieją się ze mnie, że powinnam rozbić namiot na klinikach, bo tam właściwie mieszkam – opowiada Ania Modlińska, studentka IV roku weterynarii.

ania1
fot. archiwum prywatne

– Początki w nowym miejscu nie należały do najłatwiejszych, nowe otoczenie, ludzie i trochę inne zasady niż te panujące na UPWr. Wszyscy podchodzą do ciebie z dystansem, jesteś tu tylko na chwilę i z innego kraju. Pojawiła się jeszcze jedna różnica, świeżo po trzecim roku, na którym człowiek nie ma chwili choćby na sen, przeszłam w stan posiadania nadmiaru czasu. Zatem pierwszym krokiem było zapełnienie go po brzegi nowymi zajęciami. Po drobnych perypetiach (początkowym braku zgody) i około miesiącu spędzonym na pomaganiu w weekendy, dostałam wreszcie upragnione pozwolenie, mogłam chodzić na kliniki kiedy chcę i teraz na powitanie słyszę tylko: ile masz dzisiaj pytań, Ania? – śmieje się studentka i przyznaje, że zawsze walczy o swoje – jak jej nie wpuszczą drzwiami, to wejdzie oknem. A niezadawanie pytań, kiedy można się wszystkiego dowiedzieć z najlepszego źródła, uważa za największą stratę. Czas między zajęciami wypełniła aktywnością fizyczną – jogą i tai chi. Chodzi też na wykłady dodatkowe, głównie te w języku angielskim i dotyczące tematu egzotyków.

ania3
fot. archiwum prywatne

– Wyjazdy, konferencje, badania – to daje możliwość poznania niesamowitych ludzi i uczenia się od najlepszych. W Brnie poznałam kilku naprawdę świetnych lekarzy, nie tylko Czechów, ale też Włocha, który zanim zaczął pracę w Czeskiej Republice spędził rok w Azji, od kilku lat regularnie jeździ badać i leczyć gady w okolice Bali. Na tegorocznej konferencji „Egzotyka w Gabinecie Praktyka” w Warszawie pojawił się dr Lorenzo Crosta – specjalista na miarę międzynarodową. Jeden z niewielu ludzi na świecie, który ma możliwość pracy z arami modrymi, diamentami wśród ptaków. Obecnie żyje 87 przedstawicieli tej niesamowicie pięknej papugi. Kolejną taką osobą jest dr Rachel Marschang, autorytet w dziedzinie wirusologii gadów. Wielkie sławy, ale konferencja daje możliwość porozmawiać z nimi przy winie jak z każdym z nas. Teraz zawsze mogę do nich napisać, zapytać, poprosić o radę. Na konferencjach nie tylko uczestniczę jako słuchacz, ale staram się też zdobywać doświadczenie wygłaszając prelekcje. W marcu udało mi się przedstawiać przypadek kliniczny boa dusiciela na XI Kongresu Yaboumba World w Paryżu. We wrześniu jadę od Abu Dhabi do największego na świecie szpitala dla sokołów. Liczę, że zdobyty tam ogrom wiedzy będę mogła wykorzystać w praktyce w przyszłości. Jeżeli chcę się zajmować ptakami sokolniczymi i dzikimi, to jedno z miejsc, które wypada odwiedzić. Praktyki rozplanowałam sobie aż do końca studiów, teraz trzymam tylko kciuki, żeby każdy plan, a co najmniej większość wypaliła. W styczniu byłam na liczeniu nietoperzy w sztolniach – nowe, zupełnie mi obce doświadczenie, wiedziona ciekawością po wyjeździe zakupiłam atlas. W Polsce mamy 26 gatunków nietoperzy i wypada je rozróżniać, kiedy trafią do lecznicy. Prof. Knotka zaprosiłam na naszą już czwartą edycję konferencji „Egzotyka okiem praktyka”. Naprawdę, takie znajomości to jest potęga, buduje się sieć kontaktów, która w przyszłości może tylko pomóc. Nie wiem, jak można się tym nie ekscytować! Poznawanie takich ludzi niesamowicie ubogaca, za nic bym tego nie oddała – przyznaje Ania i dodaje, że chociaż przed weterynarią studiowała przez chwilę malarstwo, to od pierwszego roku wie, że jest w dobrym miejscu.

I ogromny w tym udział SKN Zwierząt Egzotycznych „Mephitis”, które pod okiem dr Tomasza Piaseckiego z Katedry Epizootiologi z Kliniką Ptaków i Zwierząt Egzotycznych organizuje wykłady, konferencje, zaprasza gości z Polski i zagranicy, współpracuje z zagranicznymi kołami, opiekuje się zwierzętami w uczelnianym wiwarium. To tam Ania wskoczyła na swoje miejsce, wraz z innymi studentami nauczyła się samodzielności, współpracy w zespole i zobaczyła, jak duże możliwości może „dostać do ręki” student, jeśli tylko sumiennie do tego dąży i realizuje postawione sobie wcześniej cele. To dzięki „Mephitisowi” zaczęła pisać prace naukowe i jeździć na konferencje, poszerzać swoje horyzonty. Początkowo była fotografką koła, później wiceprzewodniczącą, a na trzecim roku przewodniczącą. Bierze też udział w projekcie realizowanym wspólnie z Instytutem Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN, dotyczącym cukrowych grup krwi u ptaków. Współpracuje z Ekostrażą, gdzie opiekuje się głównie podlotami (czyli ptakami, które opuściły już gniazdo, ale jeszcze nie potrafią latać), pomaga w fundacji „Pręgowane i skrzydlate”, była wolontariuszką we wrocławskim zoo. W okresie wiosennym i letnim (czyli dla studentów – sesyjnym) ma pełne ręce roboty, ilość pojawiających się piskląt często przerasta jej możliwości.

ania2
fot. archiwum prywatne

W Czechach ma możliwość pracy ze zwierzętami jadowitymi, których nie można trzymać w Polsce. – Ostatnio asystowałam w karmieniu prawie 2-metrowej żmii gabońskiej z zapaleniem przyzębia. W praktyce przymusowe karmienie węży to, kolokwialnie mówiąc, wpychanie szczura do gardła. Codziennością są też badania endoskopowe gadów. Na wyjazdach można się wiele nauczyć, na przykład w Brnie istnieje forma zajęć, której nie ma u nas, czyli tak zwane day one skills, kiedy spotykamy się tylko po to, żeby nauczyć się jednej konkretnej praktycznej czynności, np. z gastroenterologii –  ćwiczymy pełny wywiad, dostajemy psa i każdy musi go przebadać. Praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka – mówi studentka i przyznaje, że dla niej to idealna forma zajęć, bo ona zawsze chce być przy pacjencie.

Chciałaby być jedną z najlepszych. Jeździć, badać, poznawać, wygłaszać wykłady. Zwiedzić wszystkie kontynenty i pracować z lokalnymi zwierzętami – w Azji sfotografować gady i płazy w dżungli, w Ameryce Południowej papugi, w Australii ponurkować z rybami i żółwiami morskimi. Planuje zrobić doktorat, może również europejską specjalizację – w Polsce ma ją tylko siedmiu lekarzy weterynarii, sami mężczyźni.

ania4
fot. archiwum prywatne

– Jestem pracoholikiem, jak mam już cały załadowany kalendarz, to jeszcze sobie trochę dodaję. Moja współlokatorka poniekąd przyzwyczaiła się już do wstawania w środku nocy i pomagania przez sen przy moich pacjentach. Ja z takich sytuacji pamiętam tylko przebłyski, ale świadczy to o zdecydowanie za intensywnym myśleniu o weterynarii. Więc tak, czasem chyba przesadzam… Wtedy resetuję się robiąc zdjęcia, rysując. Pomimo braku czasu staram się pielęgnować te umiejętności. Lubię pływać, kocham żeglarstwo i snowboard – przyznaje studentka i opowiada o pacjentach, tym razem prawdziwych, których zdarzyło jej się spotkać w gabinecie weterynaryjnym:

– Jest mnóstwo ludzi, którzy chcą mieć w domu oryginalne zwierzę. Yorki są już passé. Pojawiają się lemury, ostronosy, których właściciele mieszkają w bloku i tłumaczą, że pupil ma cały pokój dla siebie… tylko co to jest dla dzikiego zwierzęcia. Do lecznicy przyszła kiedyś pani z małpką, która nie dość, że żyła samotnie, a pazurkowce mają bardzo silne więzi społeczne, muszą mieć towarzystwo, możliwość iskania, łapania za ogon, podkradania pokarmu, to miała połamane łapki. I pani tłumaczyła, że ona ją będzie przenosić z miejsca na miejsce i na pewno jej to wystarczy. Czasami ktoś pyta, czy można mieć w domu wydrę albo ratela. A przecież one atakują lwy, potrafią zabić antylopę, kobrę. Skąd ludzie mają takie pomysły?!

– Mimo całej mojej sympatii do węży, to naprawdę one się z nami nie zaprzyjaźniają. Nawet jak ktoś trzyma węża przez 20 lat, a potem trafi on do mnie, to nie zrobi mu to żadnej różnicy. Są to gady, które się nie przyzwyczajają, po prostu. Chociaż często tak nam się wydaje, nieprawidłowo odczytujemy ich zachowania i wysyłane do nas sygnały. Możemy je brać na ręce milion razy, a i tak niektóre będą próbowały ugryźć. Trzymanie na rękach, głaskanie, owijanie wokół szyi – to jest dla nich nienaturalne, stresujące. Jednymi z najinteligentniejszych gadów są warany i one rzeczywiście są w stanie rozpoznać swoich opiekunów. Ale nawet małe gryzonie jak kawie domowe i szynszyle nie zawsze lubią być wyciągane i głaskane – wyjaśnia.

ania5
fot. archiwum prywatne

Skąd u niej miłość do weterynarii? – Od małego ciągle przynosiłam coś do domu, złapane jaszczurki, ptaki, którym coś się stało i którym bardzo chciałam pomóc, ale nikt nie potrafił mi doradzić jak. Teraz poznaję dzieciaki i młodzież, które mają ten sam problem. Moja niestety niekoniecznie szczęśliwa przygoda z trzymaniem gadów zaczęła się od gekona lamparciego kupionego na giełdzie z bardzo złych warunków. Dzisiaj wiem, że prawdopodobnie miał pierwotniaki w jelitach, ale gdy po roku umierał mi na rękach, nikt nie potrafił odpowiedzieć mi dlaczego. Jedno z najwcześniejszych spotkań ze zwierzętami egzotycznymi zdarzyło się kiedy miałam jakieś 5, może 6 lat. Do stadniny, w której uczyłam się jeździć konno, przyjechała pani z legwanem zielonym. Aż mnie zmroziło z zachwytu. Wzięłam go na ręce, głowę miał na moim ramieniu, a ogon ciągnął po ziemi, to był dorosły samiec. Podrapał mnie po szyi, lała się krew, mama panikowała, ale ja do tej pory pamiętam, jaka byłam szczęśliwa – dzisiaj studentka ma 6 gekonów, które wzięła za sobą do Brna, pająki, którymi zaopiekował się chłopak, a u rodziców mieszkają dwa psy, kot, adoptowane żółwie stepowe i królik, też z adopcji.

mj