Wyszukiwarka

Prof. Kiełbowicz: Każdy chirurg powinien być odważny

Prof. Zdzisław Kiełbowicz, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii, odebrał nominację profesorską z rąk prezydenta RP i przy tej okazji opowiada o chirurgii i kardiochirurgii, pracy zespołowej przy stole operacyjnym i kształceniu doktorantów, wyzwaniach i nietypowych pacjentach.
  4 kwietnia 2018 roku

Kiedy zdawał Pan na weterynarię, myślał Pan o chirurgii jako swojej specjalności?

To byłoby zbyt wyprzedzające, ale faktem jest, że od samego początku swojej edukacji byłem ukierunkowany na przedmioty biologiczne. Jestem swego rodzaju wyjątkiem w rodzinie, bo większość jej członków studiowało kierunki prawnicze, a kierunek medyczny wybrałem dopiero ja. I przyznam, że ze strony rodziców były wobec tego mojego wyboru opory.

Nie byli zachwyceni, bo uważali, że będzie Pan jeździł po wsiach i leczył krowy?

Można tak powiedzieć, ale też i sporo racji w tym ich przekonaniu było. Kiedyś praca lekarza weterynarii często tak właśnie wyglądała. Rodzice więc próbowali mnie przekonać do medycyny człowieka, ale ostatecznie wybrałem weterynarię.

prof.kielbowicz1
fot. kancelaria prezydenta RP

Dlaczego?

Może dlatego, że mój ojciec był pasjonatem koni. Dziadkowie pod Lwowem mieli majątek i hodowali konie dla kawalerii. Na początku swojej pracy zawodowej zresztą też zajmowałem się ich leczeniem. Jestem ze starej, dobrej szkoły profesora Badury, gdzie każdy, kto trafiał pod jego skrzydła, przez cztery, pięć lat zdobywał coraz większe umiejętności w zakresie różnych specjalności – z chirurgii ogólnej i kostnej, okulistyki, radiologii, ortopedii koni i ortopedii małych zwierząt. Dzisiaj studia doktoranckie narzucają reżim czasowy, młody człowiek musi w ciągu bardzo krótkiego okresu zrobić doktorat.

I specjalizację. Wróćmy więc do Pana początków – skąd ta chirurgia?

Właściwie od samego początku chciałem pracować w Katedrze i Klinice Chirurgii. Z perspektywy czasu wiem, że ten wybór chyba był podświadomy, ale na pewno wynikał z określonych predyspozycji i cech charakteru. Dzisiaj, już jako dydaktyk, sam jestem w stanie spośród 200 osób, które studiują na roku, wyłuskać tych kilka jednostek, które też takie predyspozycje mają.

To można poznać?

Tak.

Po czym?

Po tym jak zachowują się przy stole operacyjnym. Oczywiście żeby kogoś poznać trzeba z nim porozmawiać, dłużej być, popatrzeć na jego możliwości przede wszystkim manualne, ale w chirurgii rolę odgrywa najpierw opanowanie pewnej wiedzy, a później przeniesienie jej na możliwości manualne. Kiedy więc biorę studentów do asysty, to od razu widać u niektórych bardzo silne opory wewnętrzne związane z przełamaniem pewnej obawy przed krwawiącym polem operacyjnym, a u innych tej obawy i oporów nie ma w ogóle i moim zdaniem to jest wrodzona cecha. 

Chirurgia to najbardziej spektakularna dziedzina medycyny. O kardiochirurgach mówi się, że mają syndrom Boga. Na pewno każdy chirurg ma poczucie sprawczości. Czy Pan operując zwierzęta też?

Aż tak górnolotnie o swojej specjalizacji nigdy nie myślałem, ale operując już wiele lat mogę powiedzieć, że każdy chirurg powinien być odważny, umieć wziąć na siebie pewien margines – oczywiście w granicach rozsądku – ryzyka. Musi też mieć w sobie pokorę. Po wielu latach praktyki mogę powiedzieć, że nie mam tremy przedoperacyjnej. Za to denerwować zaczynam się wtedy, kiedy skończę skomplikowany zabieg i pacjent wchodzi w okres rekonwalescencji. Pewnie większości z nas wydaje się, że największy stres jest przy stole operacyjnym. A mnie najbardziej interesuje nie to, co zrobiłem na tym stole, ale to, co dzieje się później, a więc efekty mojego działania. Warto też mieć świadomość, że obecna chirurgia to nie jest sukces singla, jednego operatora. To jest praca całego zespołu. Ostatnio operowałem wrodzoną wadę serca u psa, sześciomiesięcznego maltańczyka, przetrwały przewód tętniczy Botalla. Ta wada serca występuje też u dzieci. Żeby prawidłowo wykonać taką kardiochirurgiczną operację przy stole potrzeba pięciu, sześciu ludzi, ale ludzi zgranych, mających doświadczenie. Więcej nawet, kluczowe jest tutaj zaufanie. To ono jest fundamentem naszej pracy. Dlatego też podjęliśmy się operacji dwuipółletniego psa, który ma taką samą wadę. Jest po badaniach kardiologicznych, które wykonały nasze koleżanki z Kliniki Chorób Wewnętrznych i wiemy, że ten pacjent jest w stanie terminalnym. Jednocześnie jednak operacja jest dla niego jedyną szansą i my tę szansę spróbujemy mu dać. Nasz zespół jest w stanie uratować takiego pacjenta, bo nieskromnie mówiąc, mamy bardzo dobre wyniki w kardiochirurgii.

Zaczynał Pan od jakich operacji? Przeciętny człowiek nie ma pojęcia, jak wygląda chirurgia zwierząt.

Kiedy zaczynałem, nie mieliśmy takiego „uzbrojenia ręki”, jakim dysponujemy dzisiaj. Technicznie to jest niewyobrażalny postęp instrumentalny i aparaturowy. A zaczynałem od okulistyki. Profesor Szczudłowska przechodziła na emeryturę i profesor Badura uznał, że dobrze będzie, jeśli się zajmę tą specjalnością. I tak zająłem się mikrochirurgią, a więc czymś, co w początkach mojej kariery zawodowej było szalenie nowatorskie. Kiedy zdobyliśmy mikroskop operacyjny, zacząłem jako pierwszy w Polsce operować katarakty u zwierząt. Uzyskiwaliśmy i uzyskujemy dalej bardzo dobre efekty, ale faktem jest, że to u zarania była inicjatywa indywidualna, bo profesor dał mi zadanie, a ja staram się wykonywać, to co zostanie mi zadane, rzetelnie. Jako wychowanek profesora wiem też, że chirurdzy weterynaryjni muszą współpracować z medycyną człowieka. Tak przecież zrodziła się implantologia, tak uczymy się nowych technik.

Pierwsza była mikrochirurgia oka, ale poszedł Pan dalej.

Później zająłem się chirurgią ogólną i kostną, a obecnie zajmuję się operacjami na otwartym sercu i neurochirurgicznymi. To trudne zabiegi, ale też dające ogromną satysfakcję, sprawdzające zespół i wciąż zaskakujące spektakularnymi efektami. Ale też w każdej specjalności, nie tylko chirurgii, lekarz medycyny czy weterynarii musi cały czas nabywać wiedzę, doskonalić swoje umiejętności i pokonywać kolejne stopnie, wchodząc coraz wyżej.

prof_kielbowicz3-1
fot. Tomasz Lewandowski

To takie stopnie wtajemniczenia?

Tak, trzeba dojrzeć do wykonywania pewnych zabiegów chirurgicznych, jednocześnie nie można popadać w pychę. Trzeba mieć pewną pokorę przed biologią.
Wypromowałem u nas w katedrze 16 doktorów i każdemu mówiłem, że nie będę go uczył przy stole operacyjnym, trzymając za rękę. Jeżeli wiem, że jest przygotowany, że jego potencjał mentalny i manualny jest odpowiedni do trudności skali zabiegu, to on go po prostu wykonuje.
Ja od czasu do czasu popatrzę z dystansu, jak sobie radzi. I wiem, że nie wychowuję cyborga, ale człowieka samodzielnie podejmującego decyzje, a to u chirurga jest istotą pracy.

Uczy Pan odpowiedzialności za te samodzielne decyzje?

Tak, ale nie można kogoś rzucić na głęboką wodę. To jest stopniowy proces, w którym jest i nauka, i utwierdzanie w tym, co dobre, i pokazywanie tego, co wymaga poprawy. To jest rozmowa o tym, co wywołuje frustracje czy pewne zahamowania, bo z tego wszystkiego trzeba sobie zdawać sprawę, kiedy swoją przyszłość widzimy w chirurgii właśnie.  

Powiedział Pan, że operowaliście półrocznego maltańczyka. Serce dorosłego mężczyzny jest wielkości jego pięści. Ile ważył ten mały pacjent?

Dwa kilogramy i 40 dekagramów.

Czyli był wielkości małego noworodka, a więc wykonywaliście operację z zakresu mikrochirurgii.

To jest daleki efekt okulistyki. Praktyki uczyłem się też u profesora Henryka Kusia, który przez długie lata był szefem chirurgii eksperymentalnej w szpitalu na ulicy Poniatowskiego we Wrocławiu. Profesor raz w roku organizował specjalistyczny kurs, na który zjeżdżali się chirurdzy z całej Europy. Też uczestniczyłem w tych kursach i do dzisiaj pamiętam jedno z zadań, jakie dostaliśmy – mieliśmy znieczulić doświadczalnego szczura, dostać się pod mikroskopem do aorty brzusznej, wyciąć jej centymetrowy fragment, po czym wszyć go z powrotem. Przyznam, że tylko mnie, w grupie 16 osób, udało się wykonać to zespolenie. Od rektora ówczesnej Akademii Medycznej dostałem gratulacje. Profesor zadzwonił też do profesora Badury, potem się dowiedziałem, że powiedział, że krowy będą miały lepiej, jeśli chirurdzy na medycynie weterynaryjnej są na takim poziomie.

Pamięta Pan swoją pierwszą, samodzielną operację?

Nie, dziennie robię kilka zabiegów, więc trudno pamiętać wszystkie. Ale tą pierwszą była chyba operacja przepukliny pępkowej, która jest najprostszym zabiegiem chirurgicznym. Pamiętam jednak, że wtedy miałem bardzo gorące policzki z emocji.

Ten pierwszy pacjent to był pies czy kot?

Kotek.

prof_kielbowicz2-1
fot. Tomasz Lewandowski

Ma Pan w domu jakieś zwierzęta?

Niestety nie. Mamy z żoną, też lekarzem weterynarii, troje dzieci. Jeden syn poszedł w nasze ślady, jest po doktoracie i pracuje na tworzącym się Wydziale Medycyny Weterynaryjnej w Poznaniu, ale córka i drugi syn mają silną alergię na psy i koty, więc nie mogliśmy mieć w domu czworonogów.

Jak rozumiem, pozostała dwójka nie wybrała medycyny weterynaryjnej.

Nie, córka poszła w ślady lwowskich protoplastów, którzy kończyli prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Ona też skończyła prawo i jest notariuszem, a drugi syn skończył podstawowe problemy techniki na Politechnice Wrocławskiej i jego ukochanym zawodem, i hobby jest pisanie programów i obecnie pracuje w londyńskiej firmie, której siedziba jest na Wyspach, ale która zatrudnia zdalnie.

Jak się spotykacie to roztrząsacie problemy prawne, języka programowania czy o tym, kto jaką operację zrobił ostatnio?

Moją intencją jest, żeby na te tematy w ogóle nie rozmawiać. Choć nie da się ukryć, że przeważa prawo. Moja siostra skończyła we Wrocławiu na uniwersytecie Wydział Prawa, przez długie lata była dyrektorem Sądu Wojewódzkiego. Brat stryjeczny jest sędzią Sądu Apelacyjnego, też we Wrocławiu, więc siłą rzeczy dominuje w naszych rozmowach prawo. A żona czasami przy stole pokazując na mnie palcem, mówi „żebyście wszyscy wiedzieli, uczelnia zabrała mi męża”.

Czyli oddał Pan serce uczelni.

Mam wspaniałą żonę, jestem ogromnie wdzięczny, bo poświęciła się dla rodziny. Pracowała 10 lat w Klinice Chorób Wewnętrznych, ma specjalizację internistyczną, ale w pewnym momencie swoją pracę poświęciła na rzecz wychowania naszych dzieci. I stworzyła warunki, które pozwoliły mi się skupić na nauce, więc wszystkim będę powtarzał, że mam bardzo dobrą żonę.

Najdziwniejsze zwierzę, które Pan operował?

Jeszcze za dyrektorowania w zoo Antoniego Gucwińskiego wyjątkowym zwierzęciem był wilk grzywiasty, który jest charakterystyczny dla Ameryki Południowej. I któregoś dnia okazało się, że ten wilk złamał kość piszczelową. To było wyzwanie, bo były problemy z opanowaniem tego – dzikiego przecież – zwierzęcia, premedykacją, znieczuleniem. Wieloodłamowe złamanie musieliśmy zespolić stabilizatorem, ale tu nam się sprawdziła współpraca z medykami. Powstała metoda osteosyntezy, którą opracowali polscy naukowcy, profesorowie Granowski, Ramotowski i Bielawski. Wymyślili i opatentowali zespolenie polskie, które do dzisiaj pod taką nazwą jest stosowane przez ortopedów. To zespolenie było najpierw testowane u zwierząt w naszej Klinice Chirurgii, a dopiero później, kiedy okazało się, że jest skuteczne, zaczęto je stosować w leczeniu złamań u ludzi. I tego wilka grzywiastego, ja i mój młodszy kolega doktor Janusz Bierzyński zoperowaliśmy. Niestety, już pod koniec okresu rekonwalescencji pasożyty doprowadziły do jego śmierci. Ale operowaliśmy też węża. I proszę pamiętać, że często przychodzą do nas zwykli ludzie, zatroskani tym, co się stało z ich pupilem.

Przychodzą po pomoc?

Tak. I dostają ją, jak właściciel żółwia, u którego doszło do martwicy kończyny tylnej. Musieliśmy ją amputować, ale jeden z kolegów wpadł na pomysł, jak pomóc naszemu pacjentowi. Przykleiliśmy mu do pancerza klocek lego z kółeczkiem i okazało się, że nasz inwalida sobie świetnie radził z tą nietypową protezą. 20 lat temu bardzo mnie interesowało protezowanie zwierząt, bo jeśli dochodziło do dyskopatii odcinka lędźwiowego, a napędem zwierzęcia są tylne kończyny, to najczęściej kończyła się uciskiem na rdzeń kręgowy i paraliżem kończyn miednicznych. Dawniej takie zwierzęta poddawano eutanazji. A ja przed laty sprowadziłem jeszcze z RFN ramię C, które na dzisiejsze pieniądze kosztowało kilkaset tysięcy złotych, a mnie udało się je zdobyć z drugiej ręki, za 5 procent ceny. I skłoniłem kolegów do tego, że wykonywaliśmy u nas w Klinice mielografię, czyli wstrzykiwaliśmy kontrast i wiedząc, kiedy się zatrzymuje, mogliśmy wykonać u zwierzęcia z dyskopatią operację neurochirurgiczną. Po 6-8 latach prowadzenia takich zabiegów, gdzie uzyskiwaliśmy bardzo dobre wyniki, profesor Badura zdobył dla nas z fundacji w Monachium środki finansowe na tomograf komputerowy.
Od siedmiu lat jako jedyni w Polsce mamy tej klasy tomograf, co siłą rzeczy nie tylko zmieniło jakość diagnostyki, ale też znacznie poszerzyło możliwości leczenia. Teraz operowanie to jest czysta satysfakcja.
Ponad 95 procent psów odzyskuje pełną sprawność w kończynach, a niecałe 5 procent ma pewne deficyty, ale chodzi. I te psy nie muszą być poddawane eutanazji.

Rozmawia Pan ze swoimi pacjentami?

Rozmawiam z ich właścicielami. Tłumaczę ryzyko, jakie niesie ze sobą operacja. Tu nie chodzi o asekurację, tylko o zrozumienie i rzetelność tego, co chcemy zrobić. A właściciel musi mieć do lekarza zaufanie. To jest podstawa każdego procesu leczenia. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, to zawsze namawiam do głębokiego zastanowienia i tłumaczę, że operację mogą zrobić inni lekarze, w innej klinice.

Czy zwierzęta to wdzięczni pacjenci?

Hm, może powiem tak, kiedy trafia do nas na przykład owczarek niemiecki z neuralgią, dajemy mu analgetyki, preparaty przeciwzapalne, dostaje mnóstwo zastrzyków, które po prostu bolą. I ten pies na początku warczy, właściciel musi go mocno trzymać. Ale kiedy przychodzą drugi raz, to reakcja już jest inna – bo pies czuje ulgę i wie, komu ją zawdzięcza. Zresztą, ja badam psy, również takie duże, 70-kilogramowe i nie zdarzyło mi się, żeby się któryś na mnie rzucił. To jest kwestia pewności, zdecydowania w postępowaniu, które zwierzę czuje. Jako lekarz po prostu wiem, co mam robić. Swoją drogą, taką szkołę przeszedłem przy koniach, do których na Partynice jeździłem z profesorem Andrzejem Modrakowskim. Koń to jest zwierzę szczególnie wrażliwe i natychmiast wyczuje w człowieku wahanie i strach. I od razu reaguje.

Rozmawialiśmy o najdziwniejszym pacjencie, ale jaki był Pana spektakularny sukces?

Ja bym raczej powiedział, że to jest sprawa, która wciąż jest dla mnie zagadką. Trafił do mnie kot, main coon, który miał duży, silnie uciskający guz mózgu. Właściwie kwalifikował się do eutanazji, ale jego właścicielka, związana akurat ze środowiskiem medycznym, zdecydowała się – przy całym ryzyku, jakie niósł ze sobą zabieg usunięcia, jak się później okazało, dużej części prawej półkuli mózgu – na operację. Do dzisiaj jest dla mnie dowód na to, jak w gruncie rzeczy wciąż niewiele wiemy o możliwościach żywych organizmów. Bo proszę sobie wyobrazić, zoperowaliśmy tego kota, właściwie nikt mu nie dawał szans, sami nie byliśmy pewni, jakie neurologiczne spustoszenie może być efektem zabiegu. A tymczasem nasz pacjent rekonwalescencję przechodził błyskawicznie. Bez żadnych widocznych deficytów w zachowaniu, odruchach w obserwacjach pooperacyjnych dwuletnich. I chyba najbardziej szokujące u tego kota było, jak na wizycie po prostu wskakiwał na stół do badania. Dla mnie ten przypadek jest żywym dowodem na to, ile jeszcze jest do odkrycia w medycynie.



Czego oczekuje Pan od siebie i od swoich współpracowników?

Odpowiedzialności i zaangażowania. Codziennie rano mamy odprawę, na której omawiamy to, co nam przyniesie dzień. Ja przychodzę przed wszystkimi, więc chyba rzeczywiście jest coś w tym, co mówi moja żona, że uczelnia zdominowała moje życie. Ale trudno, żeby było inaczej, jeżeli codziennie mierzymy się z wyzwaniami, codziennie mamy szansę na satysfakcję i zrobienie czego wyjątkowego.

kbk