Co może robić student UPWr na stażu w Norwegii?

Bartosz Ratusznik, student Wydziału Przyrodniczo-Technologicznego o tym, dlaczego warto zawalczyć o praktykę zagraniczną i jakie można z niej wynieść nauki.
  5 grudnia 2017 roku

Jak szukał Pan miejsca na odbycie praktyki poza krajem?

Rok wcześniej odrobiłem awansem miesiąc praktyk w naszej placówce uczelnianej w Psarach i poznałem starszych studentów z ogrodnictwa. Wrócili z Norwegii i opowiadali, jak było niesamowicie i jeśli tylko będę miał możliwość, to żebym pojechał.

Co tak ich zachwyciło?

Piękny kraj, jakim jest Norwegia, bardzo dobre podejście pracodawcy do studentów, jak również dobry zarobek.

ratusznik-6
fot. Tomasz Lewandowski

Jak udało się Panu nawiązać kontakt z tą norweską firmą?

Pierwszy kontakt pomaga nawiązać uczelnia. Praktyki w tej norweskiej firmie odbywają się już od lat 90, zapoczątkował je profesor Eugeniusz Kołota, nawiązując kontakt z ówczesnym szefem. W grudniu dodatkowo przyjechał do Polski Åsmund Bjærtnes, szef firmy, który w krótkiej prezentacji zachęcał nas, studentów do brania udziału w rekrutacji.

Jak rozumiem, Pan udział wziął, ale, na czym polega ta rekrutacja?

Trzeba było napisać list motywacyjny po angielsku, opisując w nim powody, dlaczego chcemy przyjechać na praktyki do ich firmy.

Co Pan napisał?

Napisałem, że chciałbym poznać kulturę norweską, zobaczyć jak wygląda uprawa warzyw w innym kraju, jak również chciałbym mieć okazję podszkolić swój język angielski.

Studiuje Pan ogrodnictwo, a przeciętnemu człowiekowi Norwegia kojarzy się z ropą naftową i fiordami a nie uprawą warzyw czy owoców.

To prawda, ale kojarzy się również z pięknym krajobrazem. Ogrodnictwo składa się z trzech działów: sadownictwo, rośliny ozdobne i warzywnictwo. Moimi głównymi zainteresowaniami są: in vitro i rośliny egzotyczne. Jednak nigdy wcześniej nie miałem okazji pracować w gospodarstwie zajmującym się roślinami warzywnymi. Pomyślałem, że jest to dobra szansa, żeby połączyć chęć zobaczenia innego kraju z poznaniem nowych upraw. Nawet, jeżeli stwierdziłbym, że to nie jest dla mnie, to zdobyta wiedza może przydać się w przyszłości.

Dlaczego wybrał Pan studia na ogrodnictwie?

Z pasji. Zawsze interesowałem się roślinami, głównie egzotycznymi. W podstawówce zainteresował mnie banan i od tamtej pory cały czas szedłem w tym kierunku.

ratusznik-1
fot. archiwum prywatne

Jak Pan sądzi, dlaczego na te praktyki wybrano właśnie Pana?

Do Norwegii mogło pojechać jedynie czworo studentów; dwie osoby w terminie wiosennym i kolejne dwie w terminie letnim. W liście motywacyjnym byłem szczery, może to miało wpływ na decyzję.

Przyleciał Pan do Oslo i…

Kiedy na lotnisku przywitała mnie Polka, poczułem ulgę. Byłem pewien, że spotkam się z szefem i całą drogę z kolegą uczyliśmy się słówek. Pierwsze spotkanie mieliśmy kilka dni później. Rozmowa prowadzona była w języku angielskim. Była to moja pierwsza taka rozmowa, przez co towarzyszył mi ogromy stres, który sprawił, że zapomniałem większości słówek. Jednak mimo to próbowałem rozmawiać. Do tej pory nie jestem pewny, czy szef mnie wtedy rozumiał.

Jak wyglądały pierwsze dni praktyki w Norwegii?

Przyjechaliśmy z kolegą na początek sezonu sadzenia ręcznego sałaty na pole. Więc przez pierwszy tydzień zajmowaliśmy się jedynie tym. Była to męcząca praca. Ale dzięki temu można było poczuć, ile wysiłku kosztuje wyprodukowanie główki sałaty, którą tak łatwo bierzemy z półek sklepowych. Był to też świetny czas, żeby poznać ludzi, którzy tam pracowali.

Co robił Pan, gdy skończyło się sadzenie?

Mieliśmy spotkanie z szefem i polskim menadżerem z działu kadr. Przedstawiono nam, jak wyobrażają sobie naszą praktykę.

ratusznik-2
fot. archiwum prywatne

I jak sobie wyobrażali?

Zaproponowano nam projekty, jakie mieliśmy zrealizować we własnym zakresie, oczywiście przy ich pomocy. Do tego dochodziły też wycieczki, które pozwoliłyby nam lepiej poznać kraj. Jednym z projektów była pomoc przy wprowadzeniu wilca ziemniaczanego – słodkiego ziemniaka do uprawy towarowej. Zaproponowano mi, żebym został menadżerem tego projektu i wraz z Leif Thore, wujkiem Åsmunda, zajął się jego wdrażaniem. Sporo osób uważało to za szalony pomysł.  

Dlaczego?

Bo słodki ziemniak jest rośliną tropikalną i biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne panujące w Norwegii byłby duży problem z uprawą. Równocześnie firma otrzymała państwowe dofinansowanie na rozwój tego projektu i stąd uznano, że nasz udział w nim może być atutem.

Od czego zaczęliście?

Najpierw mieliśmy spotkanie, na którym omawialiśmy projekt. Dowiedziałem się o pierwszych planach i zadaniach, jakie miałem mieć w przyszłości do rozwiązania.

Czyli szczęście, bo pasjonuje się Pan roślinami tropikalnymi i trafiła się Panu taka tyle, że nie w Afryce a w Norwegii.

Dokładnie, miałem ogromne szczęście. Powiem szczerze, że przed projektem nic nie wiedziałem o wilcu ziemniaczanym, ale zacząłem szukać informacji i w miarę znajdowania nowych, ciekawych publikacji, chciałem wiedzieć więcej. Mieliśmy też dużo spotkań, między innymi ze studentem z szwedzkiej uczelni, który zajmował się w swoich badaniach jedynie słodkimi ziemniakami, jak również z  Erlingiem z Instytutu Bioekonomiki, który dofinansowywał ten projekt. Podczas tych spotkań rozmawialiśmy o naszych propozycjach, pomysłach, które mogły wnieść coś pożytecznego do projektu. To, co mnie pozytywnie zaskoczyło, to ich podejście względem mnie. Traktowano mnie na równi i prawie wszystkie moje pomysły zrealizowaliśmy.

Bycie częścią projektu zmieniło Pana perspektywę poznawczą?

Powiedziałbym, że wpłynęło na mój stosunek do pracy – człowiek w takiej sytuacji czuje nie tylko satysfakcję, ale i odpowiedzialność. Wie, że jak coś źle zrobi, to później będą tego konsekwencje.

ratusznik-5
fot. archiwum prywatne

A nie łatwiej byłoby te bataty sprowadzać do Norwegii niż je tam uprawiać?

Dla Norwegów wszystko, co jest norweskie, jest lepsze. Szef wiedział, że jeśli jego firma wyprodukuje  bataty, to ich cena będzie mogła być znacznie wyższa od tych sprowadzanych zza granicy. Moim zdaniem jest to bardzo mądre podejście, bo poprzez promowanie lokalnych produktów zarabiają na tym farmerzy i przez to mniej pieniędzy ucieka z kraju.  

Jak długo pracował Pan przy tym projekcie?

Do końca mojego pobytu, czyli do czasu wysadzenia sadzonek w polu. Pierwsze sadzonki były z Izraela, ze wszystkimi licencjami, po kontroli fitosanitarnej. Ponieważ były drogie, wysadzaliśmy je najpierw do doniczek w szklarni, tym samym zakładając mateczniki. Pędy do robienia sadzonek pobieraliśmy, co kilka dni. Testowaliśmy różne sposoby przygotowywania sadzonek, m.in. doniczki ziemne czy wielodoniczki. Ważny był również moment wysadzenia gotowych roślin na pole. Wystarczyło jeden dzień przetrzymać sadzonki, by ich system korzeniowy zaczął się skręcać, co w późniejszym czasie mogło prowadzić do zniekształcenia bulw.

Jak długo w Norwegii trwa okres wegetacji?

Podobnie jak u nas, ale latem dzień znacznie się wydłuża. W tym okresie na północy Norwegii nawet całą dobę jest jasno.  

Jak to wpływa na rośliny?

Szybciej rosną. Dlatego wydawało nam się, że takie warunki będą dobre dla batatów, które są roślinami tropikalnymi. Dłuższy dzień oznacza dłuższy okres wegetacji. Myśleliśmy, że to jest główny atut, przez co można było opóźnić sadzenie wilca ziemniaczanego na pole, eliminując tym samym stres, oraz wprowadzając zmianowanie po sałacie. W związku z tym projektem Åsmund zafundował mi i Milanowi – studentowi z Holandii wyjazd do Holandii, do jednego z największych w Europie producentów słodkich ziemniaków. Przy okazji pojechaliśmy również do Agriko, firmy, zajmującej się hodowlą „zwykłych” ziemniaków. Dopiero w Holandii dowiedzieliśmy się, że batat zaczyna tuberyzować, czyli wytwarzać bulwy w momencie, kiedy skraca się dzień. Wtedye nasz główny atut, jakim był długi dzień, stał się wadą.

I jak sobie z tym poradziliście?

Byłem w Norwegii do końca czerwca, więc ciężko mi powiedzieć coś więcej. Podczas trwania projektu, co kilka dni sporządzałem raport, w którym spisywałem wszystko, co robiliśmy. Raport ten był wysyłany do Instytutu Bioekonomiki w Norwegii oraz do studenta ze Szwecji. Po moim powrocie pracę nad raportem kontynuował Leif Thore i na bieżąco wysyłał mi postępy w uprawie, stąd wiem, że zbierali słodkie ziemniaki i bulwy były bardzo ładnie wykształcone. Prawdopodobnie długi dzień nie stanowił aż tak dużego problemu w uprawie tego gatunku.

ratusznik-4
fot. archiwum prywatne

Czego się Pan nauczył w czasie tego stażu w Norwegii?

Zainteresowania pracownikiem. Szef interesował się naszym życiem w Norwegii, dopytywał wiele razy, jak nam się podoba, podsuwał pomysły, gdzie moglibyśmy pojechać, zabierał nas, wszystkich studentów, na kolację, gdzie rozmawialiśmy o obyczajach w Norwegii, dopytywał również, co nam się podoba w firmie, co można zmienić. Jednak poza nami interesował się również pozostałymi pracownikami, pytał się, co może zrobić, żeby lepiej się im pracowało. Abstrakcyjnym z pozoru przykładem jest sytuacja, kiedy jeden z pracowników powiedział, że przydałby się nowy traktor i ten traktor na drugi dzień był już na farmie. Dbałość o pracowników oznacza, że kiedy trzeba zostać dłużej, pracować ofiarniej, to ludzie się angażują. Nauczyłem się, że szef pokazuje pracownikom, że są ważni i są częścią firmy.

To często puste słowa.

Ale nie w tym przypadku. Raz w miesiącu odbywało się spotkanie, które było podsumowaniem miesiąca. Na pierwszym, na którym byliśmy, szef opowiadał o poprzednim sezonie, mówił, ile zarobiła firma, jak zmienia się struktura, co będą robić, jakie są nowe projekty, o co się starają, co chcą udoskonalić. Dodatkowo raz w miesiącu pracownicy dostawali około 5 tysięcy złotych na zorganizowanie spotkania, na którym wszyscy biesiadowali.

Czego jeszcze się Pan tam dowiedział?

Jak ważne jest budowanie marki. Dobrym przykładem są ziemniaki. Bjærtnes produkuje ziemniaki, które posiadają pewne skazy, nieprzeszkadzające w konsumpcji, ale jednak równocześnie w sklepach można znaleźć ziemniaki importowane z Izraela o idealnej skórce. Firma, w której odbywałem praktyki, zbudowała swój wizerunek, jako firmy klasy premium. Dzięki temu sprzedaje ziemniaki około dziesięć razy drożej niż te z importu, co jest spowodowane m.in. wysokimi kosztami produkcji w Norwegii. Współpracują również z najdroższymi marketami, organizując wspólnie imprezy dla pracowników. Osoby, z którymi rozmawialiśmy podczas jednej z takich imprez, powiedziały nam, że niekoniecznie chcą tych produktów, ale chcą tej marki. Jest to niekwestionowany sukces marketingowy.

Chciałby Pan mieć taką firmę?

Jeśli zakładałbym w przyszłości to tak. Starałbym się mieć z pracownikami dobre relacje. Firma może się rozwijać, ale tylko dzięki ludziom.

Czyli studiując ogrodnictwo i będąc zakochanym w roślinach tropikalnych ze szczególnym uwzględnieniem bananów nauczył się Pan myślenia biznesowego?

I to było dla mnie największe zaskoczenie. Jadąc na farmę produkującą sałatę czy ziemniaki nigdy bym się nie spodziewał wiedzy, jaką wyniosłem.

Wróćmy na chwilę do rekrutacji na ten staż – zastanawiał się Pan, dlaczego wybrano akurat Pana?

Tak, zastanawiałem się i myślę, że zadecydowała szczerość. Napisałem, że chcę się uczyć. Byłem w grudniu na spotkaniu, potem na rozmowie, nie wypadłem dobrze. Uważałem te rozmowy za porażkę, ale jednak się udało.

ratusznik-3
fot. archiwum prywatne

Co chciałby Pan robić po uzyskaniu dyplomu inżyniera?

Mam wiele planów, jeszcze do końca nie wiem, jak się moje życie potoczy, ale na pewno skończę studia magisterskie.

Czy coś w świecie roślin jest dla Pana odkryciem, zaskoczeniem, zagadką?

Cały czas odkrywam coś nowego. Świat roślin nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.

Poznał Pan w Norwegii kulturę pracy, zasady biznesu, ale co Pana tak zwyczajnie, po ludzku zaskoczyło podczas praktyk?

Pogoda. Wszyscy mi mówili, że Norwegia jest zimnym krajem, w związku z czym pakując się, zabrałem większość ubrań zimowych. Wielkie było moje zaskoczenie w połowie kwietnia, gdy temperatura wzrastała, a momentami w Norwegii było cieplej niż w Polsce. Teraz przynajmniej wiem, że warto przed wyjazdem sprawdzić przebieg pogody, jaki był rok wcześniej. (śmiech) Jednak największym zaskoczeniem był moment, gdy będąc w Holandii pojechaliśmy z Milanem do producenta bananów, gdzie mogłem wypytać o uprawę i na własne oczy zobaczyć ogromną uprawę towarową bananów.

I oszalał Pan ze szczęścia?

Tak! Było to spełnienie moich marzeń. Dlatego jeżeli ktoś ma możliwość pojechania na praktyki za granicę to nie ma co się zastanawiać. Tylko jechać. Jest to ogromna szansa rozwoju, poznania nowej kultury, ludzi. Jest to też dobra okazja do podszkolenia języka obcego.

Więcej o praktykach studenckich tutaj

kbk