Prof. Monkiewicz: – Jestem ciekawy. Wszystkiego

Prof. Jerzy Monkiewicz o swojej miłości do psów i Pawłowic, podróżach po świecie i wspinaczkach po górach, o tym, jak o mały włos nie znalazł się na wojnie.
3 stycznia 2018 roku

Jest Pan lekarzem weterynarii z wykształcenia, ale kynologiem z zamiłowania.


Psy zawsze były w moim domu. Nigdy nie zajmowałem się praktyką leczniczą, po studiach zostałem na uczelni. Chciałem pracować na chirurgii lub na położnictwie, ale że nie było miejsc, to zostałem na higienie środków spożywczych. I dlatego to ja robię zakupy w sklepie mięsnym, bo znam się na sztuczkach typu przyciemnione światełko. Są też wyroby, których nie jem, bo wiem, jak i z czego były robione. We Wrocławiu była olbrzymia rzeźnia, w której bito dziennie około 400 krów i około 800 świń. Olbrzymi kombinat i ja, niestety, miałem nieprzyjemność chodzenia i uczenia studentów, jak się bada mięso poubojowo, praktycznie i jak laboratoryjnie.

monkiewicz10
fot. archiwum prywatne

Zdarzało się Panu, że po takich zajęciach ktoś rezygnował ze studiów?


Te zajęcia były na piątym roku, a więc chodzili na nie dorośli ludzie. Ale rzeczywiście, praca rzeźnika jest chyba najgorszą jaka w ogóle jest.

W latach 80., kiedy w Polsce były kartki na mięso opływał Pan w dobrobyt i wszyscy znajomi kupowali od Pana nielegalnie szynkę?


Nie, bo w 1980 roku miałem 40 lat i byłem starszym panem. Po siedmiu latach pracy w tejże katedrze i zrobieniu doktoratu, przeniosłem się na wydział zootechniczny.

Kontakty zostają.

Zostają. W czasie wojny rzeczywiście miałem dostęp do mięsa, ale tylko dlatego, że mieliśmy zajęcia w Toporowie i wśród  studentów byli również rzeźnicy. Oczywiście wykorzystywali to, że byliśmy niedożywieni i futrowali nas.

Jak?

Najgorzej było wjechać do Wrocławia zachodnim samochodem typu trabant lub fiat 126p. Wiadomo było, że zaraz będzie sprawdzanie, a my bagażniki mieliśmy wyładowane mięsem. Oczywiście mieliśmy też adresy, gdzie to mięso miało dojechać. W związku z tym jak podjeżdżaliśmy pod ten punkt graniczny, nie czekając wyskakiwaliśmy z samochodu, wyciągaliśmy delegacje, mówiliśmy, że wracamy z naukowego wyjazdu. I słyszeliśmy „niech panowie już jadą”.

monkiewicz2
fot. archiwum prywatne

Ma Pan jakiś ulubiony rodzaj mięsa?

W tej chwili? Jem  indycze mięso i wołowinę. Robię pysznego tatara. Od czasu do czasu, jak widzę ładny boczek parzony, to chce mi się zgrzeszyć i to czynię. A żona dba o to, by zawsze hulający w lodówce wiatr zatrzymywał się na śledziach. One rządzą w naszej kuchni. Z koperkiem, ze śmietaną, z cebulką. Jest przepis na śledzie z żółtym serem, ba nawet z curry. A jak ktoś i tak woli wędlinę, to podpowiadam: na przekroju powinny być lite kawałki mięsa. Kiedy prowadziłem zajęcia ze studentami, zgodnie z przepisami ze 100 kilogramów mięsa można było zrobić 130 kg kiełbasy, a teraz ze 100 kg – 190 kg.

Chyba czas na wegetarianizm. Na szczęście w Polsce psów nie jemy, więc proste pytanie: ma Pan swoją ukochaną rasę?

Mam. Mój ojciec był lekarzem weterynarii w Krzeszowicach pod Krakowem. Miał lecznicę i tam oczywiście była sala operacyjna. I mieliśmy przepięknego dobermana, zresztą rodem z Wrocławia. Nasz Aras, karmiony głównie mięsem, był potężny i suki z całej Polski przyjeżdżały do niego. Akt miłości następował w sali operacyjnej, bo tam były maty. Nie bez zamieszania, bo damy były drobne.

Nie denerwował się?

Bardzo się denerwował. Zachowywał się jak typowy mężczyzna. Po wszystkim on był padnięty, ledwo żywy kładł się przy misce z wodą, a ona chciała się bawić, więc zwykle warczał na wybrankę.

I to dobermany są Pana ukochaną rasą?

We Wrocławiu zdobyłem mieszkanie, w którym z dobermanem bym się nie zmieścił, a nie chciałem jamnika. No i założyłem, że nie może być dźwigania psa na rękach na czwarte piętro, strzyżenia i tego typu atrakcji. Więc wymyśliłem rasę, której jeszcze we Wrocławiu nie było – ani jednego egzemplarza, a mianowicie foksteriera krótkowłosego. Sierść się co prawda wbija, ale nie trzeba ich strzyc. Są wysokie i nie tak szczekliwe jak foksteriery szorstkowłose.  

Polują?

Na dziki. Trzy dobrze ułożone tak dzika umęczą, że na końcu jeden siada prze jedynym uchu, drugi przy drugim a trzeci przy ogonie i ten dzik zmordowany siedzi, a wówczas myśliwy może z najbliższej odległości po odwołaniu psów strzelić do tego nieszczęśnika.

monkiewicz5
fot. archiwum prywatne

Rozumiem, że Pan poluje?


Nie! Jestem wrogiem polowania i uważam, że lekarze weterynarii powinni mieć zakaz. Student weterynarii, a to są trudne studia, uczy się prawie 6 lat, jak leczyć zwierzęta, po czym idzie do lasu i zabija te najpiękniejsze. Proszę pójść do jakiekolwiek myśliwego i zobaczyć trofea na ścianie. To nigdy nie są osobniki słabe, chore, z krzywymi rogami. Są najpiękniejsze, w sile wieku. One powinny być jeszcze w lesie i kryć samice, żeby potomstwo było mocne, a myśliwi bajdurzą o św. Hubertusie, kompletnie przeinaczając legendę.

Naprawdę?

Oczywiście. Zgodnie z legendą myśliwy o imieniu Hubert zabijał bardzo dużo zwierząt. I któregoś dnia ukazał mu się jeleń z gorejącym krzyżem – żeby przestał polować i zabijać. A dzisiaj myśliwi opowiadają, że to ich rozgrzeszenie i mogą mordować. Ale wróćmy do psów, bo jak mówię o myśliwych to się zaraz denerwuję. Pierwszą foksterierkę przywiozłem z Warszawy. Kupiłem ją od ludzi, którzy mieli hodowlę. On był reżyserem filmowym, ona w centrum miała butik, a w szklarniach hodowali psy. 28 ras. Jak przyjechałem do nich, to ich suczka miała trzy młode. Chcieli jedną sprzedać, a dwie sobie zostawić. Jak usiedliśmy i zaczęło się wybieranie szczeniąt, to taka była „zakrapiana” dyskusja, że zapłaciłem za psa, ale zapomniałem go zabrać ze sobą. Dojechała do mnie rano następnego dnia. A potem okazało się, że zgarniała najlepsze oceny na wystawach.

Jak miała na imię?

Śrubka, dzisiaj świeczkę jej stawiałem, pochowana jest u mnie na wsi w ogródku, tam mam taki cmentarzyk psów. Jest tam również Pyrka, bo z Poznania była. Kropka, jest Aga i jeszcze jedna towarzyszka – Danka.

A koty też Pan trzymał czy z nimi to na bakier?

Z kotami było na bakier. Ale w pewnym momencie miałem trzy psy w domu. Tę pierwszą foksterierkę z córką z jednego miotu, którą zostawiłem w domu. I wtedy babcia, która mieszkała z nami, powiedziała – jak wy macie dwa psy, to ja też chcę mieć swojego. I zafundowała sobie brodacza monachijskiego miniaturkę, Dankę. Niezłe stadko mieliśmy.  

Nie były o siebie zazdrosne?

Nie, skonstruowałem im leżę do spania, dwa legowiska obok siebie i jedno na piętrze. Bardzo grzeczne były. Kiedy pracowałem na Biskupinie, jechałem powoli autem przez braci Gierymskich, a one biegły obok, potem przez park już same  i spotykaliśmy pod pracą. Grzecznie czekały na mnie. Miałem w pokoju dwa fotele, które zajmowały, bo moje miejsce było przy biurku. I oczywiście szczekaniem witały każdego, kto wchodził do pokoju porozmawiać.  

Jest Pan podróżnikiem, a psy chyba ciężko zabierać na długie wyprawy?

Jeździłem sam, żona zostawała z psami w domu, ale też jeździmy od paru lat zimą nad morze. Wtedy ceny są niskie i psa pozwalali zabrać. Z moją ukochaną Rudą, kundlicą, chodzimy na długie spacery. Mamy swoje miejsce nad Bałtykiem, między Dąbkami, a Łazami. Cypel, jezioro, morze, cisza, spokój…


monkiewicz11
fot. archiwum prywatne

Kiedy obudził się w Panu podróżnik?


W liceum jeździłem z rodzicami w Tatry. Wtedy zdobyłem odznakę GOT. W czasie studiów pracowałem w komisji turystyki ZSP i w nagrodę co roku dla tych, którzy kończyli studia, były dwie wycieczki na tzw. Zachód.

I Pan został nagrodzony?

Tak, wyjechałem do Jugosławii. Byliśmy w Splicie, Dubrowniku, Sarajewie. I połknąłem bakcyla. Trudno jednak było wyjechać. Trzeba było mieć przydział 130 dolarów, ale mój teść był przewodnikiem po Wrocławiu i Karkonoszach – w języku rosyjskim i polskim. Teściowa była zaś przewodniczką ze znajomością francuskiego. I stąd łatwiej było mi zdobyć te 130 dolarów. Zacząłem jeździć, najpierw po Europie i do tzw. demoludów, czyli Bułgarii, Rumunii. Ale jeździliśmy też do Związku Radzieckiego. Byłem wtedy nad Bajkałem, w Uzbekistanie, Tadżykistanie, Azerbejdżanie, Gruzji. Potem, już na uczelni, organizowaliśmy też wyjazdy poprzez  związki zawodowe – autobusem do Francji, Hiszpanii, Portugalia, Włochy.
Do dnia dzisiejszego zwiedziłem 88 krajów i 26 stanów w Ameryce Północnej.

Ale to zwiedzanie było, a ja pytam o wyprawy. Zaczynał Pan przecież od gór.

I nigdy ich nie porzuciłem. Byłem w górach Atlasu, w Alpach na Mont Blanc, na Kaukazie – na Elbrusie, w Kordylierach, na Kilimandżaro. W USA, gdzie mieszka moja córka, byłem w Górach Skalistych i Monte Negro. Nie będę wyliczać wszystkiego, bo naprawdę było tego bardzo dużo, włącznie z Himalajami.

Wszedł Pan na Mont Everest?

Nie, dużo tam nie nawojowaliśmy. Weszliśmy na dwie góry powyżej 5000 metrów. Byliśmy pod Lothse, gdzie zginął Kukuczka. I straszną awanturę tam zrobiliśmy. Przychodzimy, a tam obelisk, kapliczka i trzy nazwiska, wśród nich Kukuczka. Podchodzimy bliżej, bardzo dużo turystów, ale na samym dole taka łezka ze szkła i drobnym makiem po polsku napisane, że ta tabliczka to upamiętnienie przez senat uczelni Kukuczki. Katowicki AWF ufundował tę tabliczkę w 30. rocznicę jego śmierci. Postawili, podparli kamykami i pojechali. Wiele osób pytało nas, co to jest, a nam było wstyd powiedzieć. Wróciłem do kraju i tak się wściekłem, że zadzwoniłem do Anety Augustyn, dałem jej zdjęcia i poprosiłem, żeby coś z tym zrobiła. Kukuczka to przecież wzór do naśladowania. Zdobył 14 ośmiotysięczników. Nie był bandytą, złodziejem… W obecnym świecie, gdzie wystarczy wziąć wiertarkę do kieszeni, by płytę pamiątkową przytwierdzić, robić taką prowizorkę?

I jak się skończyła ta historia?

Powstał tekst w „Gazecie Wyborczej”, a dwa dni później rektor z Katowic zadzwonił do mnie ze słowami „panie profesorze, pośpiech jest złym doradcą”. Poprawili się. Dwa lata później nie tylko przywiercili tę tabliczkę, ale i ławeczkę postawili.  

Czego Pana nauczyły te wyjazdy?

To jest może i slogan, ale góry uczą pokory. Są zmienne, pełne niespodzianek i trzeba do nich podchodzić bardzo poważnie, ale w zamian dają fantastyczną satysfakcję, kiedy pokona się własną słabość.

monkiewicz3
fot. archiwum prywatne

A Pan jak ją pokonywał?


Przed wyprawą starałem się – choć nie jestem grubasem, zrzucić 3-4 kilo. Chodziłem z plecakiem obciążonym, w szybkim tempie. Nie lubię spacerów, ale w górach nie lubię iść pierwszy. Zawsze dostosowuje tętno i oddech do tempa marszu. Mało piję, co akurat w górach jest złe. Ale nie mam lęku przestrzeni, bólu głowy i choroby wysokościowej. Mam nawet na to swoją teorię. U organizmów młodych cała czaszka wypełniona jest mózgiem i to u niektórych pofałdowanym. A płuca ograniczone są żebrami. Z wiekiem te dwa organy się obkurczają – płuca i mózg. Tak więc u młodych osób w górach zwiększa się ciśnienie i dociska mózg do kości czaszki, a płuca do żeber. Stąd bierze się ból głowy i ucisk w klatce piersiowej. A ja mam już luzy. I jest jeszcze jedna ważna rzecz – aklimatyzacja, chociaż przyznam, że mam na koncie wyczyny, że strach myśleć.

Czyli?

Szliśmy na Elbrus. Jak dotarliśmy do Górnego Karabachu, to się okazało, że 18 dni deszcz lał, a „okno”, jak mówimy w żargonie, będzie na następny dzień. Okno, czyli suchy dzień. Przewodnik powiedział, że wtedy pójdziemy. My do niego, że mieliśmy się przez trzy dni aklimatyzować, a on mówi – „idziemy, kto wejdzie ten wejdzie, a kto nie da rady, poczeka”. Poszło nas 11, 6 weszło z przewodnikiem, reszta została i to dosyć wcześnie. O dziwo, zostali najmłodsi. Od Skałek Prowidiencewa, nieczynnego wulkanu, leży już śnieg.  Są powtykane tyki, bo pod tym śniegiem są szczeliny lodowcowe. Jest więc niebezpiecznie, idzie się od tyczki do tyczki. Tam zresztą są przez to wypadki śmiertelne, bo ktoś skuterem lub na piechotę wypadnie z oznaczonej trasy i nieszczęście gotowe. Rosjanie, którzy wybierają się w bardzo wysokie góry, właśnie na Elbrusie aklimatyzują się w obozach treningowych. Ale wracajmy do nas. Weszliśmy na szczyt, a tu zadyma taka, że Chryste Panie. Cała nasza piątka weszła. Jak schodziliśmy to jakieś wybuchy słyszeliśmy, ni cholery nie wiedzieliśmy o co chodzi. Już na dole wymyśliliśmy, że pozostała część ekipy wejdzie za 4-5 dni. Myśleliśmy, że wypożyczymy dużego mercedesa i pojedziemy do Soczi na zwiedzanie. A tu w nocy zadzwonił zamówiony taksówkarz i mówi – „nigdzie nie jedziemy, wojna jest, Rosjanie napadli na Gruzję. Jak złapią, to wezmą nas za szpionów, a mnie zamkną albo zabiją”. No i tak nie zobaczyliśmy Soczi, bo się zaczęła wojna gruzińsko-rosyjska.

monkiewicz7
fot. archiwum prywatne

Nie wygląda Pan na wagabundę. Na pierwszy rzut oka kojarzy się Pan raczej z wymuskanym elegantem i trudno sobie Pana wyobrazić z plecakiem.


Jak to wygląd nie pozwala sądzić o człowieku! Nie byłem nigdy himalaistą, nie wspinałem się po skałach. Himalaiści byli w moich czasach raczej drobnej budowy, ja byłem za ciężki. Dzisiaj jest inny sprzęt, ale jak widać moja młodość zaczęła się za szybko.

Góry, podróże, poznawanie świata i swoich własnych granic, to w takim razie skąd Wieczory Pawłowickie?

Jakieś 13 lat temu miałem przyjaciela, który był jednym z twórców orkiestry Leopoldinum. Żartowaliśmy, że jego żona jest najszybszą dziewczyną we Wrocławiu, bo jeździła karetką reanimacyjną. Była lekarzem. Moja druga żona pracowała razem z nią w szpitalu na Rydygiera, a ja z Kostkiem chodziłem czasami na  męskie wieczory. To się zaczęło w czeskiej knajpie na Odrzańskiej. Coś tam jedliśmy, coś tam piliśmy i on wymyślił, że chciałby zostać menedżerem muzycznym. Tylko potrzebne były jakieś fundusze na początek. Zapytałem ile, on na to, że może na początek z 1500 zł. Po jakimś czasie on się do mnie odezwał, że mu nie wychodzi, a wtedy ja powiedziałem, że mamy taki fajny pałac i nic się tam nie dzieje. Oczywiście miałem na myśli Pawłowice. Zaproponowałem, że pójdę do rektora i z nim porozmawiam, ale nie myślałem że sam będę to robić. I do dzisiaj pamiętam słowa rektora Mazurkiewicza – „a co byś tam chciał robić?”.  Ja na to: „pokazy mody, wystawy obrazów? Koncerty?”. I usłyszałem „dobry pomysł, rób to”. Więc zapytałem, czy da pieniądze, a on że nie ma, te z ministerstwa są tylko na dydaktykę i badania. Wtedy wymyśliłem, że musi być sponsoring, czyli darczyńcy.
Za trzy koncerty na początku sam zapłaciłem, kanclerz Rybarczyk mnie straszył, że nic z tego nie będzie, ale teraz sam chwali i przyznaje: „nie sądziłem, że to jednak wyjdzie”.

Ale wyszło.

Bo zacząłem znajomych naciągać, zdobywać sponsorów poważniejszych, stałych. Współpracowałem wtedy z KGHM. Ja tu takie opowieści snuję o psach, górach i muzyce, ale oprócz tych moich miłości jest też nauka.

I w ramach tej nauki realizował Pan wiele grantów m.in. dla KGHM właśnie.

Dokładnie. Badaliśmy środowisko wokół Huty Głogów. W Katedrze toksykologii powstał zespół, do którego zostałem włączony – miałem w nim oceniać wydajność krów i oczywiście skażenie. Był PRL, nasze wyniki nie nadawały się do publikacji, tak były fatalne. Doprowadziliśmy jednak do tego, że zawiesiliśmy wokół huty hodowlę bydła. Ale mówiąc kolokwialnie, kombinat zaczął bokami robić, bo musiał bardzo duże odszkodowania płacić chłopom, którzy nie mogli trzymać krów. A tam jest fantastyczna ziemia! No i kiedyś zawołał mnie dyrektor huty i mówi: „Niech pan coś zrobi, bo to nie może tak wiecznie trwać, porobione strefy skażenia aż po Sławę”. Wówczas mu wyjaśniłem: „Istnieje antagonizm pierwiastkowy – jak jest dużo ołowiu, a brakuje wapnia, to ten ołów wbudowuje się w struktury biochemiczne. Trzeba więc dać więcej wapnia, fosforu i inne pierwiastki antagonistyczne  w odniesieniu do metali ciężkich”.

I daliście?

Dodaliśmy antagonistyczne pierwiastki, botaniczne składniki i stworzyliśmy, wspólnie z wytwórnią leków w Gorzowie Wielkopolskim, preparat, który dodawało się krowom do paszy. Oczywiście najpierw przebadaliśmy na szczurach, później wykonaliśmy badania na bydle. I okazało się, że nasz preparat działa. Ograniczał stężenie kadmu, ołowiu i arsenu o 40 procent we krwi, w wątrobie o 60, a w nerkach 70. Wystąpiliśmy o patent. Zrobiliśmy spis krów w gospodarstwach, obliczyliśmy, ile każdy rolnik ma dodawać każdej krowie dziennie preparatu do paszy. Huta się ucieszyła. Zaświtało światełko, że będzie można wprowadzić na nowo zwierzęta do gospodarstw. Po paru latach tak się stało. Co więcej, każdy rolnik musiał 100 gramów tego preparatu wsypać do żłobu codziennie. Najpierw nie chcieli, ale potem zaczęli prosić, żeby dawać im więcej, bo zauważyli, że jak się go podaje kurom i świniom, to mają lepsze przyrosty.

No to sukces pełną gębą, bo trafił Pan pod strzechy.

No tak. A wracając do tej mojej przyjaźni z KGHM. Przy którejś okazji powiedziałem do tamtejszych dyrektorów, żeby może coś dali na koncerty pawłowickie, bo już mi żona przygaduje.

To znaczy?

Zawsze po występie artystów wychodził darczyńca i miał za zadanie powiedzieć, że bardzo się cieszy, że tym darczyńcą został. Jak widać, przebiegły jestem. (śmiech) Ale któregoś razu wyszła też moja żona i powiedziała: „Bardzo jest mi miło, że państwo się bawili za moje pieniądze, a tobie mężu chcę powiedzieć, że ty imienin w tym roku nie będziesz miał”. Tak się to spodobało, że od tego czasu każdy chciał mieć mowę na koniec koncertu.

monkiewicz1
fot. Tomasz Lewandowski

Stworzył Pan Stowarzyszenie Przyjaciół Pałacu w Pawłowicach.


Bo, mam nadzieję, że żona mi wybaczy, pałac Kornów to kolejna miłość w moim życiu.

Rozumiem, że odkrył Pan swoją nową pasję, powołanie?

Nie jestem snobem, ale też nie uważam snobstwa za wadę. Niektórzy pytają mnie „słuchaj co ty masz w tym za interes w tych koncertach”. Nie mam żadnego, ba, bywa, że dopłacam z własnej kieszeni. Ale jak widzę zadowolonych, uśmiechniętych ludzi, to mam satysfakcję i to mi wystarczy. Ludziom potrzebne jest święto, wyjście między innych w odświętnym ubraniu, rozmowa, wyjątkowy nastrój. Poza tym, sam się dokształcam.
Przed każdym koncertem czytam o artyście, kompozytorze i sam się uczę. Tak na przykład poznałem ostatnio historię życia Edith Piaf i już wiem, o czym śpiewa w piosence „Niczego nie żałuję”.

Sprawdził się Pan jako organizator i dlatego pojawił się też otwarty Uniwersytet Trzeciego Wieku?

Jest otwarty, bo jego słuchaczami mogą być osoby w wieku od 18 lat do 118. Wziąłem go na próbę, bo sam miałem mamę, która miała 95 lat. I przyznam szczerze, wpadłem po uszy. To fantastyczne zajęcie. Prowadzę ten uniwersytet siódmy rok. Co, ciekawe, większość studentów to kobiety, ale one są z natury bardziej otwarte, ciekawsze świata, nie boją się pytać. Zapraszam z wykładami naszych naukowców, ale też i gości z innych uczelni. A ponieważ Uniwersytet Przyrodniczy, jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się szeroko rozumianym światem przyrody, to i my na tym Uniwersytecie Trzeciego Wieku zajmujemy się człowiekiem w tej przyrodzie.

monkiewicz-1
fot. Tomasz Lewandowski

Jaką ma Pan receptę na udane życie?


A czy ja jestem aptekarzem?

Proszę nie żartować, pytam poważnie.

Chyba dobrze jest być optymistą, być aktywnym, mieć pasje i po prostu być otwartym na ludzi. To w zespole zwykle udaje nam się osiągnąć najwięcej. To rozmowy z innymi dają nam satysfakcję czy poszerzają horyzonty. I chyba dobrze jest też być wyrozumiałym dla siebie. Wtedy łatwiej nam znosić porażki.

A nie wolałby Pan leżeć na kanapie i narzekać?

Tylko po co? Lubię smakować inne światy, dotykać ich, patrzeć na nie, oddychać nimi. Jestem ciekawy kolorów, zapachów, obrazów, historii, ludzi, wszystkiego. Zawsze też, gdziekolwiek jestem, muszę spróbować nawet największych dla Europejczyka paskudztw, jak choćby smażone pająki. Te wszystkie kraje, w których byłem, góry, na które się wspinałem, będę miał, gdy przyjdzie czas – pod powiekami. I o to chodzi, czyż nie?
kbk