Wyszukiwarka

Stacja badawczo-dydaktyczna w Radomierzu

Agnieszka Frydrych-Gierszewska zaczęła pracę w Radomierzu jeszcze na studiach. Dla niej po ślubie do Radomierza przeniósł się również Wojtek, przy okazji spełniając marzenie o pasieniu stada krów. Razem opowiadają o pasji, która daje siłę na pracę w dzień i w nocy. 
27 lipca 2017 roku

Mięso kulinarne gotuje się dwa razy szybciej niż zwykłe. Jest ono pozbawione grubych żył, jest kruche i bardzo smaczne.

– W Polsce jeszcze nie jesteśmy przyzwyczajeni do zjadania tego rodzaju mięsa – mówi K. Wożakowska. – Na wołowinę patrzy się ciągle przez pryzmat gnata, którym na pewno można zabić, lecz który niekoniecznie da się zjeść. Taki obraz utrwalił się w czasach mięsa na kartki. Z naszego mięsa można natomiast zrobić nawet kotleta schabowego.

Kiedyś odbyła się w Radomierzu międzynarodowa konferencja naukowa, poświęcona hodowli bydła. Kucharki, które przyrządzały potrawy z mięsa charolaise, były prawdziwie zachwycone: Wprost nie sposób uwierzyć, że to wołowina – kręciły głowami.

– To normalne, bo przez sześć miesięcy cielak pije do oporu mleko matki i wygląda jak laleczka – opisuje Z. Burzawa.
Tak w „Tygodniku społecznym” z 16 kwietnia 1996 r. o początkach stada bydła rasy Charolaise w Radomierzu pisał redaktor Zbigniew Rzońca. Wycinek z czasopisma można znaleźć w kronice opisującej początki Sudeckiego Rolniczego Zakładu Doświadczalnego, który powstał w 1994 r. po wykupieniu przez Akademię Rolniczą we Wrocławiu gruntów Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej. Od 2000 r. funkcjonuje jako stacja badawczo-dydaktyczna.

radomierz1
fot. Tomasz Lewandowski


***

Radomierz to niewielka, licząca 488 mieszkańców miejscowość położona 100 km od Wrocławia, tuż przed Jelenią Górą, u podnóża malowniczych Gór Kaczawskich w Sudetach Zachodnich. Jedyna w Polsce górska jednostka badawczo-dydaktyczna jest od 18 lat zarządzana przez absolwentkę zootechniki na Akademii Rolniczej, Agnieszkę Frydrych-Gierszewską.

radomierz9
fot. Tomasz Lewandowski

– Byłam magistrantką prof. Aleksandra Dobickiego, który zainicjował przejęcie spółdzielni przez uczelnię i nadzorował jej działalność. Jeszcze na studiach zaproponował mi, żebym została tu zootechnikiem, więc ostatni semestr, za zgodą dziekana, kończyłam już eksternistycznie. Zaczęłam pracę w lutym 1999 r., a rok później zostałam kierownikiem. Nie powiem, rzucili mnie wtedy na głęboką wodę. Od początku był to ośrodek doświadczalny, samofinansujący się, ale jednak sporo się przez te lata zmieniło – przyznaje Agnieszka Frydrych-Gierszewska. W momencie objęcia przez nią zakładu było w nim 50 krów, 50 owiec, 30 kóz i mini-zoo z lamami, danielami i muflonami. – Pomysły były różne. Prof. Dobicki chciał tu zrobić przegląd wszystkich światowych mięsnych ras krów, jeszcze długo powracał temat rozbudowy zoo. Wszystko zweryfikował jednak rynek – przychodzi rolnik i chce kupić krowy w jednym umaszczeniu, tej samej rasy. Więc postawiliśmy na francuską rasę mięsną Charolaise.

radomierz2
Prof. Aleksander Dobicki
fot. archiwum


***

Stado, dziś liczące 165 sztuk, powstało na bazie rodzimej, polskiej rasy biało-czerwonej przez krzyżowanie wypierające – krowy w każdym kolejnym pokoleniu są kryte buhajami rasy Charolaise, więc jej geny stopniowo wypierają wszystkie inne. Charakterystykę rasy można znaleźć w książce „Hodowla bydła mięsnego w Sudetach”, napisanej na podstawie gospodarstwa w Radomierzu pod redakcją prof. Dobickiego. Mimo że od jej powstania minęło już 20 lat, nadal uważana jest za jedną z najlepszych publikacji o tej tematyce. Charolaise jest zatem największą i najcięższą francuską rasą mięsną, dorosłe buhaje mogą ważyć nawet 1400 kg, krowy – 900 kg. Są słomkowe, beżowe lub prawie białe, a rogi i racice mają cieliste. Są bardzo dobrze umięśnione, mają krótką szyję i szeroką głowę.

Dzięki krzyżowaniu wypierającemu w Radomierzu otrzymano szlachetną rasę, ale w lokalnej odmianie – dobrze przystosowaną do warunków górskiego środowiska. Obecnie większość krów ma 87,5-procentowy dolew krwi Charolaise i ten stan jest utrzymywany celowo: – Takie krowy-mamki mają więcej mleka, więc cielaki lepiej rosną – przybierają nawet 1200 gramów dziennie. Dzięki odpowiedniemu doborowi materiału męskiego buhajów nie mamy też problemu ciężkich wycieleń, z których znane są krowy Charolaise. Najważniejszy jest u nas chów naturalny, prowadzony w systemie ekstensywnym. Krowy pasą się na pastwiskach, które nie są dodatkowo nawożone, dosiewane, a rośnie tam całe bogactwo roślin i ziół. W zimie karmienie opiera się tylko na sianie, słomie i sianokiszonce, którą też sami robimy. Jedynie młodzież, która pozostaje na remont stada otrzymuje dodatkowe pasze – muszą mieć zapewniony prawidłowy wzrost i rozwój, by potem być dobrymi matkami. Łagodne góry są idealne do takiego chowu, niestety w okolicy nie ma zbyt wiele stad. Nasze jest największym i najstarszym stadem krów mięsnych w tym rejonie – opowiada Frydrych-Gierszewska.

radomierz5
fot. Tomasz Lewandowski

***

Uczelnia ma w Radomierzu 308 hektarów, z czego 120 ha to pastwiska, na których krowy spędzają prawie cały rok. W okolice obory schodzą tylko na okres wycieleń, ale i tam zazwyczaj trudno zagonić je do środka. Niestraszny im śnieg i mróz, nie lubią jedynie deszczu. – Obory są otwarte, teren wokół ogrodzony, więc jak krowa będzie chciała, to wejdzie, a jak nie, to nikt jej nie zmusi, choćby było i -20 stopni. To jest tzw. system wolno wybiegowy – tłumaczy Agnieszka. I to prawdopodobnie dzięki takiemu podejściu krowy w radomierskim stadzie są długowieczne. – Dożywają 12, czasami nawet 19 lat. Krowy mleczne zaledwie pięciu i nie wiedzą, co to cielak. One mają produkować dużo mleka. I produkują – nawet 11 tys. litrów w czasie laktacji, podczas gdy nasze góra 3,5 tys., bo tyle im wystarcza do wykarmienia cielaka.

Poza Agnieszką Frydrych-Gierszewską opieką nad całym gospodarstwem zajmują się jeszcze trzy osoby: jej mąż Wojtek i dwóch pracowników – pan Grzesiu i pan Kaziu. – Pracowników mam świetnych, zaufanych. Mogę na nich liczyć w każdej sytuacji i o każdej porze. Zadzwonię w środku nocy, że coś się dzieje i przyjadą od razu. Nawet jak nie są akurat w pracy, a przejeżdżają obok naszego terenu, to spojrzą, sprawdzą, dadzą znać. Tych dwóch ludzi robi m.in. 3 tys. kul siana rocznie  – przyznaje Agnieszka.

radomierz7
fot. Tomasz Lewandowski

***

Już w zamyśle prof. Dobickiego parter jednego z budynków gospodarczych był przeznaczony na małe mieszkanie dla kierownika jednostki. Więc Agnieszka wraz z rodziną – mężem i dwoma synami – mieszka de facto w pracy.

– Na początku nie miałam czasu na jakiekolwiek znajomości, za dużo się działo. Poznaliśmy się przez Internet – przyznaje Agnieszka, a mąż, jako człowiek z niesamowitą pamięcią do dat, wylicza: – To było w czerwcu 2002 r. 12 października w Poznaniu odbywały się targi rolnicze, na które Agnieszka jechała, więc tam umówiliśmy się na pierwszą randkę, w połowie drogi. W listopadzie pierwszy raz przyjechałem do Radomierza, w grudniu się zaręczyliśmy. Przeprowadziłem się pół roku później, 9 czerwca. A w lipcu Agnieszka przeszła dwie operacje kręgosłupa…

– Wtedy w weekendy zostawałam sama przy wycieleniach, a to jest ciężka fizyczna praca. Po zaręczynach Wojtek wybrał wszystkie urlopy, jakie tylko mógł, żeby mi pomóc i dwa razy w miesiącu kursował z Pomorza – Agnieszka mimo problemów zdrowotnych, jakie wtedy miała, przyznaje, że to były ich najfajniejsze lata, najszczęśliwsze i beztroskie.

radomierz6
fot. Tomasz Lewandowski

Jak człowiek z Kaszub, wcześniej przez 18 lat pracujący w szpitalu, odnalazł się w górskiej hodowli krów? – Jako mały dzieciak każde wakacje spędzałem u dziadka na wsi, w gospodarstwie. Dziadek miał 4 krowy, a mi się zawsze marzyło, żeby paść ich sto – opowiada Wojtek i razem z Agnieszką śmieją się, że są małżeństwem spełnionym, bo chociaż ona pochodzi z miasta, z rodziny krawieckiej, to też zawsze chciała mieć gospodarstwo podpatrzone u dalszych krewnych. A nieco poważniej Agnieszka dodaje: – Nigdy nie chciałam odejść, ale gdyby nie pasja, już dawno by mnie tutaj nie było. Do tego trzeba być wariatem. To jest życie tylko dla wytrwałych – zwierzęta nie poczekają do poniedziałku, nie wycielą się w godzinach urzędowania. Dlatego tu mieszkamy i tu pracujemy, inaczej nie dalibyśmy rady wszystkiego dopilnować i zawsze zdążyć.

Siłą rzeczy w pracę jest więc zaangażowana cała rodzina, od najmłodszych lat. – Jak dzieci były małe, zostawały u babci na okres wycieleń, ale nie raz się zdarzyło, że pakowałam małego Pawła w kombinezon, na sanki i zabierałam w środku nocy do obory, bo nie było czasu zawieść dziecka do babci w Jeleniej Górze. W 2009 r. mieliśmy załamanie stada – krowy zalegały przedporodowo i poporodowo, po prostu kładły się w wysokiej ciąży i nie mogły wstać. Taką krowę trzeba wzmocnić kroplówkami, więc lecieliśmy kiedyś z dzieckiem do obory: ja się wkuwałam do żyły jarzmowej, mąż trzymał krowę, a syn kroplówkę – wspomina Agnieszka.

infografika-radmierz

***

– Krowy to zwierzęta stadne, a stado ma ustaloną hierarchię. Wystarczy, że najważniejsza ruszy w prawo, w lewo, w dół – reszta idzie za nią. Jak w stado wejdzie lis, nic się nie dzieje, żadna krowa nawet nie podniesie wzroku znad trawy. A wejdzie pies, borsuk albo dzik – całe stado rusza do ataku. Jak zamuczy cielak, na przykład przy kolczykowaniu, pierwsza na pomoc rusza matka, a za nią całe stado. To trochę jak z ludźmi na przejściu dla pieszych, jeden przejdzie na czerwonym, reszta idzie za nim – opowiada Wojtek Gierszewski, a przy okazji co chwilę pokazuje na jedną z pasących się obok krów: – Hania, która ukradła innej krowie cielaka. Pisarka bez rogów, bo za przodków miała Angusów. Ruda Plamka, ta z plamką miedzy oczami, kiedyś była bardzo agresywna. Do jej cielaka nie można było podejść, jednego pracownika wzięła nawet na rogi.

Jałówki mają na imię tak, jak ich matki – Dorota, Florencja, Radka, Brzoza, Jagoda, Gara… – Zazwyczaj krowa pamięta tylko ostatniego cielaka. Bardzo rzadko, ale jednak zdarza się, że przypomni sobie o nim po latach. Jeśli nadal jest w stadzie, oczywiście. I raz nasza najstarsza wtedy krowa – miała 19 lat – urodziła 15 cielaków i była już ślepa, chodziła po pastwisku ze swoją „odnalezioną” córką, jakby przekazywała jej swoją wiedzę. A dwa dni później, w czasie burzy, jej serce nie wytrzymało – Wojtek to kopalnia opowieści: – Kiedyś mieliśmy też buhaja, który krył bez opamiętania. Zwieźliśmy go do obory skrajnie wycieńczonego, weterynarz stwierdził nawet, że tego nie przeżyje. Ale ratowaliśmy go przez trzy miesiące kroplówkami i odżył.

***

Krowa, która zaczyna się cielić, odchodzi od stada, szuka ciszy, spokoju. Chyba że pojawiają się problemy – wtedy sama przychodzi do człowieka po pomoc. Najczęściej do Wojtka. – Kiedy wszystko idzie dobrze, krowa nie wycieli się ani w środku stada, ani przy obcych studentach, którzy przyjechali na praktyki. Jak nad nią staną, będą się gapić i czekać, to ona wstrzyma akcję porodową i koniec, nie ma szans. Czasami nawet wciągnie pół cielaka z powrotem. Ale to jest mądre zwierzę, jak będzie potrzebowało pomocy, przyjdzie. Zazwyczaj cielak jest wtedy źle ułożony – wyjaśnia Wojtek i dodaje, że okres wycieleń, czyli początek roku – od stycznia do maja – jest najintensywniejszy dla wszystkich.

radomierz8
fot. Tomasz Lewandowski

A Agnieszka wyjaśnia: – W oborach wydzielamy porodówki, bo każda krowa przez co najmniej 2-3 dni musi się oswoić z cielakiem, poznać go, zapamiętać. Jałówkom dajemy nawet 2 tygodnie. Od tego, jak się krowa wycieli i jak odkarmi cielaka, zależy jego dalszy rozwój. Bo cielaki rodzą się bez odporności, nabierają jej z siarą, czyli pierwszym mlekiem od matki i dopiero po 30 dniach ich organizmy wytwarzają własną. Cielak źle odkarmiony w pierwszych dniach życia już tego nie nadrobi. W tym czasie wszystkie nasze oczy są więc skierowane na maluchy, swobodniej oddychamy dopiero, jak pójdą na pastwisko.

Od maja stado wędruje po koplach, wydzielonych kwaterach – w ten sposób zapewnia mu się stały dostęp do świeżego pożywienia. Dodatkowo, kwatery są grodzone tak, by w każdej znalazł się chociaż kawałek lasu. W krowach przetrwał instynkt dzikiej zwierzyny, która przed niebezpieczeństwem – w tym przypadku przed intensywnym deszczem, burzą, wichurami – chowa się do lasu.

Pod koniec roku większość cielaków zostaje sprzedana, jedynie 8-10 proc. zostaje na tzw. remont stada: – Rolnictwo jest trudne, bo nie na wszystko mamy wpływ. Natura to nie jest biuro. Jednego roku jest susza – mniej paszy, trawy, wody; kolejnego padnie buhaj albo kilka krów – ani się do tego nie przygotujesz, ani nie zapobiegniesz. Dlatego żeby zapewnić sobie możliwość uzupełnienia liczebności stada, żeby się nie kurczyło, kilku cieląt po prostu nie sprzedajemy – mówi Frydrych-Gierszewska. 

***

– Zadaniem bydła mięsnego jest wyprodukowanie cielaka, bo tylko taki z niego zysk. Kiedy sprzedajemy cielaki, mają od 5 do 10 miesięcy i ważą około 200-280 kg. Kupują je przede wszystkim polscy rolnicy, opasają do 600-800 kg, a mięso sprzedają głównie na rynki zagraniczne – do Chorwacji, Hiszpanii, Grecji. Mamy już wyrobioną markę, o którą cały czas walczymy, kupując drogie, rasowe buhaje. I ludzie o tym wiedzą – przyznaje kierownik stacji i wyjaśnia, że buhaje wybierane są na podstawie indeksów – budowy ciała, łatwości wycieleń, przodków, długowieczności itd. Dobry buhaj kosztuje ponad 8 tys. zł, pokrywa rocznie 25 krów i zazwyczaj zostaje w gospodarstwie przez 4 lata. Swoje kartoteki mają też krowy, a w nich cały rodowód – ojciec, matka, dziadek, cielaki, przyrosty wagi i masy ciała, do tego jeszcze paszport wystawiony przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa potwierdzający pochodzenie i właściciela krowy.

radomierz3
1995 rok: studenci V roku zootechniki na seminarium szkoleniowym w Radomierzu. Z lewej – prof. Tadeusz Szulc, z prawej – ówczesny administrator Krystyna Wożakowska i prof. Aleksander Dobicki
fot. archiwum

Chociaż spożycie wołowiny w Polsce jest nadal bardzo niskie (wciąż wybieramy głównie wieprzowinę, ewentualnie drób), to wzrost poziomu życia Polaków i mody ostatnich lat – na żywność lokalną, ekologiczną, kupowaną od znajomego dostawcy, a także na steki i burgery przyrządzane ze 100-procentowej wołowiny – sprawiły, że zainteresowanie dobrej jakości mięsem wołowym wzrasta.

***

Stacja w Radomierzu utrzymuje się miedzy innymi ze sprzedaży cieląt, ale dla uczelni jest też miejscem, w którym studenci odbywają praktyki i zdobywają bezcenne doświadczenie w obchodzeniu się ze zwierzętami, badaniu ich, leczeniu, rozrodzie i hodowli. 200 studentów weterynarii, zootechniki, a ostatnio również geodezji (pomiary górzystego terenu to miła odmiana od miejskich arterii) przyjeżdża na szkolenia grupowe i indywidualne. – Czasami studenci zootechniki nie wiedzą, jak podejść do krowy, bo nie mają kontaktu ze zwierzętami. Tutaj muszą to szybko nadrobić, ale zawsze wyjeżdżają bardzo zadowoleni. Staramy się im wszystko pokazać, wszystkiego nauczyć. Są tacy, co wracają regularnie – najpierw jako studenci, potem doktoranci, doktorzy… Pomagają, a przy okazji robią badania do swoich prac dyplomowych. Szkolimy też uczniów technikum weterynaryjnego i rolników – opowiada Agnieszka i zachwala pracowników uczelni, którzy również nigdy nie odmówili pomocy i chętnie służą radą: profesorów Szulca, Twardonia, Adamskiego, Kruszyńskiego, Zachwieję i Kubiaka, jak również dr. Dejnekę.

radomierz4
Studenci na praktykach 10 lat później
fot. archiwum

W stacji jest 11 miejsc noclegowych, ale i potencjał na więcej. Duży, piękny strych to idealne miejsce na kolejne pokoje – sami studenci przyznają, że dużo łatwiej byłoby im wyjechać do Radomierza na kilkudniowe praktyki, gdyby miejsca wystarczyło dla całej grupy ćwiczeniowej, czyli co najmniej 18 osób. Druga część budynku byłaby idealna na małą salę seminaryjną. Bo chociaż stacja w Radomierzu jest najdalej położonym od Wrocławia uczelnianym ośrodkiem badawczo-dydaktycznym, jest też jedynym, w którym studenci, młodzi weterynarze i zootechnicy mogą pracować z tak dużym stadem. A nie da się tego nauczyć w teorii.


mj