Pracę naukową trzeba pokochać jak piękną i mądrą dziewczynę

Prof. Zygmunt Litwińczuk z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, doktor honoris causa UPWr o związkach człowieka ze zwierzętami, ochronie genetycznej bydła, o tym, dlaczego wybrał zootechnikę i czy zrobiłby to jeszcze raz.
14 listopada 2016 roku

Czy naukowiec powinien mieć poczucie misji w swojej pracy? Pytam, bo Panu tę misję chyba udało się zrealizować – odradzając w Polsce rasę białogrzbietą krów, uznaną w latach 70. XX wieku za wymarłą.


Chyba tak. W pracy naukowej, podobnie jak i w innych dziedzinach i zawodach, istnieje duża konkurencja. Zdecydowana większość pracowników naukowych ma z reguły duże ambicje, w związku z czym poszukuje takich problemów badawczych, dzięki którym mogliby określić swoje suwerenne miejsce, które będzie zarezerwowane niejako tylko dla niego i tylko on będzie zawsze kojarzony z tym działaniem. Musi to być jednak ważny problem dla nauki lub praktyki, który jest łatwo zdefiniować i który wyraźnie wyróżnia się w szerokiej problematyce realizowanej w wielu innych ośrodkach naukowych. Oczywiście w realizacji tego problemu musimy uzyskać wyraźne, wymierne efekty, stricte naukowe lub wdrożeniowe. W takim ujęciu można uznać, że podjęte pod koniec lat 90. ubiegłego wieku działania mojego zespołu, dotyczące restytucji w polskiej hodowli starej rodzimej rasy bydła – białogrzbietów uznanej za wymarłą w latach 70., osiągnęły zamierzony cel. Rozpoczynając nasze prace przed dwudziestu laty od populacji około 20 krów i realizując konsekwentnie poszczególne szczegółowe cele, które przedstawiłem w opracowanym w 2002 r. dla Ministerstwa Rolnictwa programie dla tej sprawy, włączając jednocześnie w szerokim zakresie badania cytogenetyczne udało się zrealizować cel główny, tzn. wprowadzić ponownie bydło białogrzbiete do polskich gospodarstw.

Aktualnie mamy już ponad 500 krów tej rasy wpisanych do ksiąg hodowlanych utrzymywanych w ponad 50 gospodarstwach zlokalizowanych w różnych regionach Polski, przede wszystkim na Polesiu, nad Narwią oraz na Warmii i Mazurach. W przytaczanym już programie przyjąłem, że 500 krów tej rasy będzie w Polsce w 2020 r. Osiągnęliśmy to już w 2016 r., można więc uznać, że moja misja została zrealizowana.

uniwersytet przyrodniczy we wrocławiu doktor honoris causa profesor zygmunt litwińczuk jubileusz 65 lecia uczelni
Prof. Zygmunt Litwińczuk odrodził polską rasę krów białogrzbietych, w latach 70. XX wieku uznaną za wymarłą
/fot. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie

Na czym właściwie polega ochrona genetyczna nie tylko bydła, ale różnych gatunków zwierząt?

Przez zasoby genetyczne zwierząt rozumiemy wszystkie gatunki zwierząt gospodarskich i populacje w ich obrębie, które ze względów użytkowych, naukowych bądź kulturowych mają albo mogą mieć w przyszłości znaczenie dla człowieka. Populacje w obrębie gatunków mogą obejmować rasy, odmiany, selekcjonowane linie i rody zwierząt. Skuteczne zarządzanie różnorodnością genetyczną zwierząt jest konieczne dla zapewnienia globalnego bezpieczeństwa żywnościowego, zrównoważonego rozwoju i źródeł utrzymania wielu milionów ludzi.

Realizując Konwencję o różnorodności biologicznej, sporządzoną na Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r., FAO przyjęło w 1993 r. Światową Strategię Zachowania Zasobów Genetycznych Zwierząt Gospodarskich oraz powołało międzynarodową Komisję ds. Zasobów Genetycznych dla Wyżywienia i Rolnictwa. Z danych „Drugiego raportu o stanie zasobów genetycznych zwierząt na świecie” wydanego w 2015 r. przez tę Komisję wynika, że spośród zarejestrowanych na świecie ponad 8 tysięcy ras ptaków i ssaków gospodarskich ok. 650 już wyginęło, a w stanie krytycznym i zagrożonych jest prawie 6 tysięcy.

Polska od szeregu lat efektywnie rozwija działalność na polu zachowania bioróżnorodności zwierząt i jako jeden ze 190 krajów notyfikowała Konwencję o Różnorodności Biologicznej. O naszej aktywności świadczy ponad 90 populacji objętych programami ochrony zasobów genetycznych, które z upoważnienia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi koordynuje Instytut Zootechniki PIB w Balicach. W ramach tych programów chronione są cztery rodzime rasy bydła, trzy świń, szesnaście owiec i kóz, siedem koni, sześć ras zwierząt futerkowych, czternaście ras/linii gęsi, dziesięć ras/rodów/linii kaczek, jedenaście ras/rodów kur, siedem ras/linii ryb i pięć linii pszczół.

Ochrona zasobów genetycznych zwierząt prowadzona jest dwiema metodami: metodą in-situ – w miejscu występowania i ex-situ – poza miejscem występowania. Programy ochrony zasobów genetycznych zwierząt gospodarskich realizowane są głównie metodą in-situ. Metoda ta zapewnia ochronę poprzez użytkowanie, co pozwala na jednoczesne doskonalenie specyficznych i wartościowych cech danej rasy. Metodę tą wspomaga się metodą ex situ, która polega na gromadzeniu i przechowywaniu materiału genetycznego przy zastosowaniu kriokonserwacji.

uniwersytet przyrodniczy we wrocławiu doktor honoris causa profesor zygmunt litwińczuk jubileusz 65 lecia uczelni
Prof. Zygmunt Litwińczuk w tym roku został rektorem Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie
/fot. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie


Kiedy trzy lata temu odbierając tytuł doktora honoris causa na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, wygłosił Pan wykład „Zwierzęta w życiu człowieka". Gdyby miał go Pan powtórzyć przed zwykłymi ludźmi, nie środowiskiem akademickim, to co by Pan powiedział?

Zwierzęta były, są i będą nierozerwalnie związane z bytem człowieka na ziemi. Jeśli mówimy o zwierzętach, na pierwszy plan wysuwają się zawsze ssaki. W systematyce organizmów jesteśmy w tym samym królestwie zwierząt (Animalia), gromadzie: ssaki (Mammalia). Początkowo, kiedy nasz przodek był przede wszystkim myśliwym, zwierzęta stanowiły dla niego pożywienie, w tym główne źródło białka. Jednocześnie wzbudzały strach i podziw, jako istoty obce i tajemnicze, charakteryzujące się szybkością, siłą i płodnością. Ówczesny człowiek uwieczniał ich wizerunki na ścianach wielu jaskiń. Z czasem, kiedy nasi przodkowie rozpoczęli koczowniczy tryb życia, zaczęli udomawiać zwierzęta, które z jednej strony dawały im stałe pożywienie, a z drugiej – stawały się towarzyszami ich codziennego życia. Nie bez kozery obecny uznawany za najlepszego towarzysza i przyjaciela człowieka pies, który wywodzi się od wilka, został udomowiony najwcześniej, bo 14 tysięcy lat temu. Dopiero wiele wieków później, bo ok. 10 tysięcy lat temu rozpoczęto udomawiać inne gatunki, tzn. kolejno: owce, kozy, bydło, świnie i kury.
Człowiek pierwotny z jednej strony uważał zwierzęta za istoty niższe, ale z drugiej niejednokrotnie stawiał je wyżej od siebie, ceniąc ich siłę lub przebiegłość. Dlatego zwierzęta są nieodłącznym elementem wielu religii, gdzie czczono je jako bóstwa, a bogowie często przyjmowali ich postać. Znajdują one miejsce również w różnego rodzaju legendach.

W historii ewolucji, kiedy człowiek posiadł umiejętność wyrażania swoich myśli w formie pisanej, zwierzęta stały się bohaterami literackimi, które uosabiają cechy ludzkie lub są elementem obrazu opisywanego świata. Piękno zwierząt było, jest i podejrzewam, że zawsze będzie utrwalane w postaci dzieł malarstwa i innych rodzajów sztuki. Postępująca cywilizacja nie rozerwała więzi człowieka ze zwierzęciem, ale mam wrażenie, że je nawet zacieśniła. Obecnie zwierzęta, szczególnie te gospodarskie, stanowią główne źródło białka spożywanego w postaci mleka, mięsa, jaj i ich przetworów. Statystyczny mieszkaniec Ziemi spożywa w ciągu roku ok. 90 kg mleka, 10 kg jaj, 16 kg mięsa wieprzowego, 14 kg drobiowego, 10 kg wołowego oraz 18 kg ryb i owoców morza. Nawet dla zagorzałego weganina, który nie spożywa nic, co jest pochodzenia zwierzęcego, nie używa kosmetyków, nie nosi futer ani innych części garderoby wytworzonych na bazie surowców zwierzęcych, świat ten dostarcza mu wielu pozytywnych doznań wzrokowych, dotykowych, czy też zapachowych, jak każdemu innemu człowiekowi. Zwierzęta mają również ogromny wpływ na postęp naszej wiedzy jako zwierzęta doświadczalne, co wzbudza obecnie wiele kontrowersji. Jednak bez ich udziału w badaniach naukowych nie poznalibyśmy zjawisk fizjologicznych, oddziaływania leków na różne patologie organizmu ludzkiego. Od kilkunastu lat prowadzi się w różnych ośrodkach naukowych badania mające na celu uzyskanie zwierząt transgenicznych, które będą wykorzystywane dla ratowania ludzkiego zdrowia i życia. Przeprowadzono także badania, których wyniki wskazują, że psy dzięki bardzo dobrze rozwiniętym zmysłom węchu mogą wykrywać we wczesnych stadiach nowotwory u ludzi. Samo przebywanie ze zwierzętami może mieć działanie lecznicze w wielu chorobach psychicznych i fizycznych. W przypadku zdrowych dzieci kontakt ze zwierzęciem uczy troski o inną istotę, odpowiedzialności i obowiązkowości. Zwierzęta, szczególnie konie i psy towarzyszą człowiekowi w pracy w różnych służbach, tzn. celnych, ratowniczych, w policji, straży pożarnej, m.in. patrolując, wyszukując narkotyki lub substancje i przedmioty stanowiące zagrożenie, poszukując zaginionych, przysypanych w różnego rodzaju katastrofach, czy też groźnych przestępców.

W swojej wypowiedzi skupiłem się głównie na ssakach, jednak inne zwierzęta, niżej ustawione w systematyce organizmów, przynoszą również wiele korzyści człowiekowi i świat nie mógłby bez nich funkcjonować. Dlatego jeszcze raz podkreślam, że więź między człowiekiem a zwierzęciem jest nierozerwalna, szeroka i wielopłaszczyznowa.

uniwersytet przyrodniczy we wrocławiu doktor honoris causa profesor zygmunt litwińczuk jubileusz 65 lecia uczelni
Zygmunt Litwińczuk: – Żeby osiągnąć sukces w pracy naukowej, trzeba ją pokochać
/fot. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie


Mówi się „głupia krowa”. Jaka tak naprawdę ta krowa jest? Czy praca i badania związane z bydłem nauczyły Pana czegoś o ludziach?

Krowa ma mózg, ma swoją psychikę, temperament, potrafi kojarzyć i zapamiętywać, a przede wszystkim potrzebuje uczucia. Kto obcuje z tymi zwierzętami na co dzień może poznać, że krowa jest smutna, radosna, że ją coś boli, że jest przestraszona. Krowy bardzo łatwo się uczą pewnych postępowań. Na przykład szybko uczą się drogi z obory na pastwisko i z powrotem, i zawsze udaje się im wrócić na własne stanowisko (legowisko). Potrafią kojarzyć i łączyć odgłosy z codziennie powtarzającymi się czynnościami w oborze, np. zadawaniem paszy, usuwaniem obornika, czy dojem i na postawie samych tych odgłosów potrafią się cieszyć, że będzie zadawana pasza, psychicznie przygotować się do doju (organizm wydziela hormony ułatwiające oddawanie mleka przez krowę).

Nowoczesne obory wyposażone są w hale udojowe, gdzie krowy muszą same wejść na stanowiska udojowe i jeśli jest ich nawet kilkanaście, to zwykle wybierają to samo. Coraz więcej obór wyposażonych jest też w roboty udojowe, które same doją krowy bez ingerencji człowieka i zwierze musi samo zdecydować się na dój i wejść do tego urządzenia. Z jednej strony przyciąga je możliwość pobrania w tym miejscu smacznej paszy treściwej, a z drugiej czując nabrzmiałe wymię od mleka, chcą je opróżnić. W oborach takich są też automatyczne poidła, stacje do zadawania paszy, które krowa musi sama uruchomić pyskiem, aby coś dostać. Same też podchodzą do automatycznych szczotek, które je czeszą. Krowy mają różny temperament, jedne są spokojne, przyjazne człowiekowi, lubią jak się je głaszcze, wręcz same się tego dopominają, inne natomiast są nerwowe, pobudliwe i nigdy nie wiadomo jak zareagują w bezpośrednim kontakcie z człowiekiem. Często podobnie jest u ludzi. Krowy potrafią też płakać, np. jak je coś boli lub przeczuwają, że grozi im coś złego. Krowy przywiązują się do swoich hodowców, a często ich pobudliwość zależy od ludzi, którzy je obsługują.

Odwiedzając różnych hodowców i wchodząc do ich obór, szybko mogę poznać po pierwszym zachowaniu krów, jak są na co dzień traktowane. Jeśli krowy stoją lub leżą spokojnie i lekceważąco patrzą na mnie, wręcz wyciągają pyski aby je pogłaskać, to wiem, że są dobrze traktowane przez ludzi i nie czują przed niczym zagrożenia, natomiast gdy wchodzę, a one natychmiast się zrywają z legowisk, widać w ich oczach strach i odsuwają się od człowieka, mogę sądzić, że nie są najlepiej traktowane. Krowy, jak inne zwierzęta, lubią spokój, ciszę, niezbyt energiczne zachowania, ale też uspokaja je dobra, melodyjna muzyka. Trudno jest zatem powiedzieć, że krowy są głupie, to ludzie ich nie rozumieją i niektórzy nie potrafią z nimi postępować.

Co decyduje o sukcesie w pracy naukowej? Upór? Odwaga? Umiejętność budowania zespołu?

Aby osiągnąć sukces w pracy naukowej, trzeba ją przede wszystkim pokochać, tak jak piękną duchem i fizjonomią dziewczynę, którą im bardziej się poznaje, tym bardziej zachwyca. Dobry naukowiec, to ten, który cały czas zgłębia swoją wiedzę i docieka, a jednocześnie ma coraz większe wrażenie, że wiele rzeczy jest jeszcze nieodgadnionych i chce je poznać. Niejednokrotnie napotykamy na różne trudności, a w polskich warunkach są to przede wszystkim trudności finansowe.

W obecnym czasie postęp w wiedzy jest coraz szybszy, a w przypadku dyscypliny naukowej, którą reprezentuję, badania wymagają także zastosowania coraz to nowocześniejszej, bardzo kosztownej aparatury analitycznej, pozwalającej sięgać głębiej w struktury fizyczne i chemiczne np. mleka czy mięsa.

W obecnych czasach nie wystarczy mieć koncepcję na badania, ale trzeba pozyskać na nie fundusze ze źródeł zewnętrznych. Poza tym oczekuje się, aby wyniki tych badań znalazły zastosowanie w praktyce. Wiąże się to z przygotowywaniem wniosków na projekty badawcze, które często są bardzo skomplikowane i wymagają od naukowca oprócz intuicji i głębokiej wiedzy merytorycznej, także wiedzy administracyjnej i finansowej oraz umiejętności współpracy z szeroko ujmowaną praktyką. Na pozytywny efekt tej ciężkiej pracy i zaangażowania może z reguły liczyć jednak tylko co dziesiąty wniosek, ponieważ poddawane są one ostrej ocenie i weryfikacji. W związku z tym należy wykazać się dużym uporem i determinacją.

W naukach eksperymentalnych nic nie zrobi się pojedynczo, potrzeba zbudować zespół ludzi zaangażowanych, a jednocześnie umiejących współpracować. Nie jest to takie proste, ludzie mają bowiem różne charaktery. Mnie udało się stworzyć zespół młodych ludzi, ambitnych, otwartych na nowe wyzwania i umiejących współpracować. Myślę, że wspólnie udaje się nam osiągać zamierzone cele, o czym świadczy publikowanie wyników naszych badań w najlepszych czasopismach naukowych o zasięgu światowym, tj. „Journal of Dairy Science”,  „Meat Science”, „International Journal of Dairy Technology”.

uniwersytet przyrodniczy we wrocławiu doktor honoris causa profesor zygmunt litwińczuk jubileusz 65 lecia uczelni
Tegoroczne wybory na rektora Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie
/fot. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie


Co w Pana życiu zdecydowało o wyborze kariery naukowej? Czy tę pasję odkrył Pan w sobie w trakcie studiów?

Studia na kierunku zootechnika wybrałem świadomie i z pełnym przekonaniem, że są one dla mnie przeznaczone. Rozpoczynając studia, nie myślałem o karierze naukowej, ale studiując na kierunku, o którym marzyłem od dziecka traktowałem je bardzo poważnie, o czym świadczy fakt, że ukończyłem je z wyróżnieniem ze średnią ocen 4,8. Już na II roku zaangażowałem się mocno w działalność studenckiego koła naukowego. Rozpocząłem tam badania w sekcji hodowli bydła.

Od III roku studiów pobierałem stypendium naukowe, które jak pamiętam było stosunkowo wysokie, wynosiło bowiem 1 tys. zł miesięcznie, czyli prawie tyle co pensja asystenta. W oparciu o zebrane w kole naukowym wyniki przygotowałem pracę dotyczącą porównania długości życia i określenia najważniejszych przyczyn brakowania zarodowych krów rasy polskiej czerwonej i czarno-białej utrzymywanych w regionie lubelskim, którą referowałem w 1971 r. na Ogólnopolskiej Sesji Studenckich Kół Naukowych w SGGW w Warszawie i za którą uzyskałem wyróżnienie.
Była to pierwsza publikacja naukowa, która de facto zdecydowała o wyborze mojej drogi zawodowej. Uświadomiłem sobie, bowiem, że moja działalność znajduje uznanie w gronie kompetentnych pracowników naukowych. Przyjąłem więc propozycję zatrudnienia na uczelni, składaną już wcześniej przez profesora Władysława Zalewskiego.

On był Pana Mistrzem? Czego się Pan od niego nauczył?

Rzeczywiście, moim niekwestionowanym mistrzem był śp. profesor Władysław Zalewski, kierownik Zakładu Hodowli Bydła, prodziekan i dziekan Wydziału Zootechnicznego, a także prorektor naszej uczelni. Za swój znaczący, wprost niewyobrażalny wkład w rozwój Uczelni został wyróżniony w roku jej jubileuszu 50-lecia – w 2003 roku – godnością doktora honoris causa. To on przyjął mnie do pracy w 1971 r. do Zakładu Hodowli Bydła, jeszcze jako studenta V roku na etat inżynieryjno-techniczny. Pod jego opieką wykonałem pracę magisterską w 1972. Cztery lata później był promotorem mojej pracy doktorskiej, a w 1981  opiekunem naukowym w habilitacji. Później, kiedy byłem już pracownikiem samodzielnym, wspólnie zrealizowaliśmy kilka wspólnych projektów badawczych. Był moim najbliższym doradcą, z którego wiedzy zawsze mogłem skorzystać, gdy pełniłem funkcje prodziekana i dziekana Wydziału.

Współpraca nasza i dobre relacja ,,mistrz – uczeń” zachowały się także po przejściu profesora w 1995 r. na emeryturę. Obejmując, jako jego następca, funkcję kierownika katedry mogłem zawsze liczyć na merytoryczną dyskusję o ważnych problemach dla naszej jednostki i psychiczne wsparcie dla podejmowanych decyzji. Profesora Władysława Zalewskiego opromieniała szczególna osobowość, która wskazywała, że można być wielkim, a jednocześnie skromnym i dobrym człowiekiem. Podziwialiśmy go za uśmiech, poczucie humoru, przystępność, życzliwość, ale też za surowość w merytorycznej ocenie. Zachowując godność wielkiego uczonego ukazywał niekiedy również własne słabości. Potrafił też w pełnej harmonii godzić aktywność zawodową z rozwojem zainteresowań pozaakademickich, jak gra w tenisa, a także z życiem rodzinnym będąc wzorowym mężem, ojcem i dziadkiem.

Profesor wprowadził mnie w krąg wielkich postaci w polskim środowisku naukowym i praktyki hodowlanej związanej z hodowlą bydła, dając jednocześnie bardzo dobry do naśladowania przykład życzliwości i otwartości, nie tylko w stosunku do „wielkich tego świata”, ale także do studentów i zwykłych rolników hodowców bydła. Staram się te wartości zachowywać i rozwijać, m.in. poprzez szerokie bezpośrednie kontakty z wieloma hodowcami bydła, nie tylko w regionie lubelskim, ale i na terenie całej Polski oraz poprzez przyjacielski i ciepły stosunek do studentów, przede wszystkim tych, którzy realizują swoje prace dyplomowe w naszej Katedrze, co nie znaczy, że nie wymagam od nich głębokiej wiedzy i umiejętności, a także stosowania przyjętych powszechnie w społeczeństwie zasad zachowania.

uniwersytet przyrodniczy we wrocławiu doktor honoris causa profesor zygmunt litwińczuk jubileusz 65 lecia uczelni
Zygmunt Litwińczuk: – Trzeba stawiać na jakość kształcenia
/fot. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie


Jak z perspektywy czasu i funkcji ocenia Pan system kształcenia uniwersyteckiego wtedy, kiedy Pan był studentem i dzisiaj? Co jest największą zmianą, a co największym wyzwaniem zarówno dla samych studentów, jak i ich nauczycieli?

Na przestrzeni tych ponad 40 lat system kształcenia akademickiego uległ diametralnym zmianom. Kiedy ja studiowałem, na moim wydziale był jeden kierunek studiów – zootechnika. Na dzień dzisiejszy jest ich dziewięć. Na realizację jednego przedmiotu przypadało wiele więcej godzin, zarówno wykładowych, jak i ćwiczeniowych.

Pamiętam, że było bardzo dużo wyjazdów terenowych do gospodarstw, zakładów produkujących pasze i przemysłu rolno-spożywczego. Obowiązywała nas również semestralna praktyka zawodowa w dużych gospodarstwach, utrzymujących zwierzęta gospodarskie, którymi były zakłady doświadczalne, PGR-y lub spółdzielnie produkcyjne. Można wtedy było dużo się nauczyć praktycznie z zakresu chowu i hodowli zwierząt. Każdy z nauczycieli akademickich prowadził wtedy najczęściej jeden, maksymalnie trzy przedmioty. Mam wrażenie, że wtedy pracownicy naukowo-dydaktyczni mieli dużo więcej czasu na pracę naukową. Oczywiście przygotowanie do prowadzania zajęć, jak choćby uaktualnienie informacji, wymagało poświęcenia dużo więcej czasu. Nie było bowiem Internetu i wszystkie informacje trzeba było wyszukiwać na półkach w bibliotece akademickiej, natomiast dostęp do baz międzynarodowych był niedostępny.

Kiedy Polska podpisała w 1999 r. Deklarację Bolońską nastąpiły w szkolnictwie wyższym zdecydowane zmiany prowadzące do zbliżenia systemów szkolnictwa wyższego krajów europejskich. Jestem przekonany, że wiąże się z tym wiele korzyści dla studentów. Wprowadzono bowiem Suplement do Dyplomu z wykazem zrealizowanych przedmiotów, przyjęto system kształcenia oparty na dwóch lub trzech poziomach kształcenia, zastosowano system punktów kredytowych (ECTS), zwiększono mobilność studentów i nauczycieli akademickich. Powstała też możliwość tworzenia nowych kierunków studiów zgodnie z potrzebami rynku pracy. W tym czasie powstało też wiele placówek, w których poziom kształcenia był różny, niekiedy bardzo niski. Powołano w związku z tym Państwową Komisję Akredytacyjną, obecnie Polską Komisję Akredytacyjną, jako organ działający na rzecz jakości kształcenia. Wprowadzono również Krajowe Ramy Kwalifikacji jako narzędzie poprawy tej jakości.

Z jednej strony jest to korzystne dla naszych studentów, jednak wiąże się to z ogromną biurokracją. Mam wrażenie, że niedługo nasze uczelnie utoną w papierach opisujących jakość kształcenia. Pracownicy naukowo-dydaktyczni prowadząc po kilka przedmiotów, narzekają, że mają coraz mniej czasu na uaktualnianie przekazywanych treści studentom, a przede wszystkim na pracę naukową, a to przecież ona poszerza głównie wiedzę nauczyciela akademickiego. Z drugiej strony jest coraz mniej funduszy na dydaktykę. Przecież niektóre kierunki studiów są bardzo kosztowne, wymagają prowadzenia zajęć laboratoryjnych lub terenowych. Nie wiem, czy to zmierza w dobrym kierunku?

Myślę, że trzeba stawiać na jakość kształcenia, ale nie opisywaną na papierze, ale realizowaną w rzeczywistości. Jest też wiele pozytywów w obecnym studiowaniu. Jest szersza oferta dydaktyczna, studenci mogą ukończyć kilka kierunków studiów, realizować ich część na innych uczelniach w Polsce i zagranicą, mają łatwiejszy dostęp do literatury naukowej. Jeśli są ambitnymi studentami, mogą korzystać z wielu stypendiów naukowych, a także tych związanych z aktywnością sportową i kulturalną.

Gdyby stanął Pan jeszcze raz w sytuacji wyboru, zdecydowałby się Pan na te same studia?

Na pewno tak. Od najmłodszych lat wykazywałem daleko idące zamiłowanie do zwierząt, można nawet powiedzieć uwielbiałem je. Jako kilkuletni chłopiec rozróżniałem już wszystkie krowy, które wypasano na pastwiskach i łąkach naszej wioski i dokładnie wiedziałem, kto jest każdej właścicielem. Po ukończeniu szkoły podstawowej chciałem koniecznie podjąć naukę w Technikum Rolniczym, które mieściło się w Janowicach, na przedmieściu Zamościa.

Rodzice, a szczególnie ojciec, który był porucznikiem w jednostce wojskowej w Zamościu, przekonywał mnie, aby pójść do liceum ogólnokształcącego, bo nauka tam trwa cztery lata, a nie pięć, jak w technikum. Jeśli dalej będę chciał mieć kontakty ze zwierzętami, to po maturze mogę iść na studia rolnicze. Przyjąłem tę propozycję i we wrześniu 1963 r. rozpocząłem naukę w I Liceum Ogólnokształcącym im. Jana Zamojskiego w Zamościu. Byłem przeciętnym uczniem, ale maturę zdałem bez problemu. Miałem szczęście, że trafiłem na wyjątkowo wybitnych profesorów od matematyki, chemii i biologii, którzy byli bardzo wymagający, ale jednocześnie potrafili przekazać nam swoją wiedzę w sposób bardzo przystępny. Uzyskując 4 na maturze z matematyki i chemii i 5 z biologii, później na studiach zaliczałem egzaminy z tych przedmiotów i pokrewnych zawsze na 5. Będąc w klasie maturalnej, miało to miejsce chyba w lutym 1967 r., w szkole pojawił się afisz, że Wydział Zootechniczny Wyższej Szkoły Rolniczej w Lublinie przyjmuje kandydatów na studia. Jak to zobaczyłem, było już wtedy oczywiste, że tam pójdę. Był tylko jeden problem, do szkoły podstawowej poszedłem w wieku 6 lat, w związku z tym jak zdawałem maturę, byłem niepełnoletni, miałem 17 lat. W takim przypadku potrzebna była zgoda rodziców, wyrażona podpisem na dokumentach, które składało się w dyrekcji szkoły, a ta przesyłała je do wskazanej uczelni, wraz ze swoją opinią o kandydacie. Innej drogi w tamtych czasach nie było.

uniwersytet przyrodniczy we wrocławiu doktor honoris causa profesor zygmunt litwińczuk jubileusz 65 lecia uczelni
Siłą uczelni są jej studenci – tutaj gratulujący nowemu rektorowi, prof. Zygmuntowi Litwińczukowi, wyborów
/fot. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie

Problem w tym, że ojciec nie chciał mi podpisać tego podania, które chciałem złożyć na Wydział Zootechniczny WSR w Lublinie. Uważał bowiem, że z moimi ocenami na maturze powinienem iść na uczelnię wojskową, tzn. WAT w Warszawie lub WAM w Łodzi. Ja natomiast nie chciałem ustąpić i powstał pat. Minął już termin składania podań w szkole o przyjęcie na studia, a ja nie mogłem tego zrobić, bo nie miałem podpisu ojca. Pewnego dnia, gdzieś tak już w połowie czerwca dyrektor liceum – mgr Mieczysław Bojarczuk, bardzo zacny człowiek, spotkał mojego ojca, którego znał, był z nim razem bowiem na froncie z II Armią Wojska Polskiego. Zapytał wtedy, dlaczego nie złożyłem dokumentów na studia? Ojciec odpowiedział, że nie zgadza się na studia w Wyższej Szkole Rolniczej i powinienem pójść na uczelnię wojskową. Dyrektor na to odpowiedział (jak relacjonował ojciec), ,,Heniu podpisz to podanie g...owi, niech złoży jutro w szkole, a ty jeśli nie przyłożysz do tego ręki, to przecież się tam nie dostanie, a w ciągu roku zmądrzeje i za rok pójdzie tam, gdzie chcesz”. Ojciec po powrocie do domu podpisał to podanie, które na drugi dzień złożyłem w sekretariacie szkoły. Dyrektor przesłał je do rektora WSR, z prośbą, aby je przyjął, chociaż już minął termin. Pierwszy raz w życiu pojechałem do Lublina na egzaminy wstępne, zdałem je i zostałem przyjęty na studia.

Ojciec nie cieszył się z tego. Zachowywał wręcz daleko idącą wstrzemięźliwość. Dopiero jak byłem na II roku i ówczesny rektor profesor Ewald Sasimowski przysłał do rodziców gratulacje, że ich syn zaliczył wszystkie egzaminy z pierwszego roku studiów na piątkę, ojciec się przełamał i powiedział ,,synu jestem z ciebie dumny”. Bardzo szybko włączyłem się w nurt życia studenckiego, nawiązałem w akademiku kontakt z kolegami ze starszych lat studiów naszego wydziału, zapisałem się do studenckiego kola zootechników, zostałem starostą roku.

Gdybym dzisiaj miał podejmować decyzję o wyborze kierunku studiów, których obecnie jest znacznie więcej na naszej uczelni, chyba 37 jak dobrze pamiętam, to na pewno byłaby to zootechnika. Kocham  zwierzęta, lubię z nimi przebywać. Na mojej działce – mieszkam pod Lublinem w pobliżu Nałęczowa – utrzymuję trzy psy, trzy koty, ponad 30 kur i kurczaków i kilkanaście perliczek. Wstaję rana, kiedy żona jeszcze śpi i każdy dzień rozpoczynam od ,,obrządku” tzn. rozdania karmy wszystkim zwierzętom. Jeszcze nie tak dawno, przez ponad 20 lat utrzymywałem kozy, które sam doiłem, a żona jako znany profesor od towaroznawstwa i przetwórstwa surowców zwierzęcych przerabiała w domu to mleko na sery.

uniwersytet przyrodniczy we wrocławiu doktor honoris causa profesor zygmunt litwińczuk jubileusz 65 lecia uczelni
Uniwersytety przyrodnicze we współczesnym świecie nauki stawiają na nowe technologie i innowacyjność
/fot. Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie

Co było i jest dla Pana w życiu najważniejsze?

Dla mnie najważniejsza była i jest rodzina – żona, dzieci i wnuki. Chcę, żeby byli zdrowi, szczęśliwi, a wytyczone przez nich cele się realizowały. Myślę także o mojej mamie, która całe życie ciężko pracowała i dożyła sędziwego wieku. Chciałbym, aby zdrowie pozwoliło Jej jak najdłużej jeszcze cieszyć się życiem doczesnym. Często słyszy się, że dla wielu ludzi praca jest drugim domem i tak też jest w moim przypadku. Najbliższych moich współpracowników traktuję jak drugą rodzinę. Często mówi się, że dobry mistrz, to taki, którego uczniowie przerosną. W kilkorgu z nich pokładam takie nadzieje.

kbk