Wiedza w światłowodzie

E-learning. Zwycięstwo nowych technologii czy śmierć istoty kształcenia uniwersyteckiego opartego na relacji uczeń – mistrz? A może po prostu naturalna kolej rzeczy, od której nie ma ucieczki?
11 grudnia 2015 roku

W krajach rozwiniętych E-nauczanie (ang. e-learning) czyli wykorzystywanie Internetu do nauczania na odległość rozpoczęło się już w końcu poprzedniej dekady. Do nas, jak wiele nowości, przyszło z Unii Europejskiej wraz z projektem PHARE „Międzynarodowa Współpraca w Kształceniu na Odległość” realizowanym w latach 1995-99 przez European Training Foudation (ETF).

Zwolennicy i propagatorzy e-learningu chwalą go za dostępność, szanse elastycznego dysponowania czasem i za to, co de facto najcenniejsze – łatwość komunikacji za pośrednictwem Internetu i tym samym usprawnienie znanego od dawna korespodencyjnego uczenia na odległość.

Przeciwnicy metody irytują się, że to jedno z tych „diabelskich” narzędzi, które zabija fundamentalną dla kształcenia uniwersyteckiego relację uczeń, czyli student i mistrz.

prof_mischke-2
fot. Tomasz Lewandowski

Świat pędzi do przodu


Jerzy M. Mischke, guru polskiego e-learningu uśmiecha się na takie dictum. – O ile mnie pamięć nie myli świat, również świat nauki, nieustannie pędzi do przodu. To, czego nauczyliśmy 20, 30 a bywa, że i 40 lat temu, często nie wytrzymuje próby czasu. E-learning to w gruncie rzeczy narzędzie, w dodatku narzędzie, którego nie da się lekceważyć, jeżeli mówimy o zasadzie uczenia się przez całe życie (ang. Life Long Learning) – tłumaczy emerytowany profesor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i członek-założyciel Stowarzyszenia E-learningu Akademickiego.

Jerzy M. Mischke nie kryje, że jego zainteresowanie kształceniem na odległość z wykorzystaniem Internetu właściwie jest dziełem przypadku. Pewnego dnia na uczelnię przyszło zaproszenie na konferencję w Stanach Zjednoczonych. Nikt nie palił się do wyjazdu, bo mało kto w Polsce wiedział, czym jest e-learning, a szeroko rozumiana informatyzacja była ciągle w opinii wielu osób kosztowną, a więc i ekstrawagancką, nowinką.

– Wysłano mnie. I przyznam, że z perspektywy czasu była to, przynajmniej dla mnie, bardzo dobra decyzja. Zobaczyłem zupełnie nowe zjawisko, dające naprawdę bardzo wiele możliwości – mówi prof. Mischke i od razu uprzedza pytanie o tęsknotę za relacją uczeń – mistrz, która jest fundamentem idei uniwersytetu rozumianej tak, jak rozumiał ją Fryderyk von Humboldt: – Humboldt, twórca uniwersytetu w Berlinie, uważał, że student powinien się uczyć podpatrując mistrza-uczonego w jego codziennej naukowej pracy. Humboldt podkreślał specyfikę i metodologiczną odrębność  uniwersytetu i uczelni uczącej zawodu, czyli der Akademie, a za główny cel uniwersyteckich studiów uznawał harmonijny rozwój z uwzględnieniem indywidualnych dyspozycji i uzdolnień studenta. Oczywiście w jakimś sensie trudno się z nim nie zgodzić, ale mamy XXI wiek! W ciągu ostatnich stu lat dokonał się skok cywilizacyjny, a e-learning jest po prostu odpowiedzią na wyzwania nowoczesnego świata i na demokratyzację oraz upowszechnienie procesu edukacji – podkreśla profesor dodając, że ten pogląd wcale nie był i w gruncie rzeczy wciąż nie jest powszechny w środowisku akademickim.

e_learning_miszke2
fot. Shutterstock

Pasja entuzjastów


Dowód? Wprawdzie w wielu polskich uczelniach prowadzi się obecnie e-zajęcia, ale najczęściej pozostawia to w rękach nauczycieli-entuzjastów.

– A  zasada owej wręcz zmitologizowanej dzisiaj relacji uczeń – mistrz jest tak naprawdę w kryzysie. Kiedyś mistrzem był człowiek, który zdobywszy wiedzę, możliwie całą przekazywał uczniowi. Ale dzisiaj, kiedy naukowe zainteresowania większości uczonych ograniczają się do wąskich specjalizacji, ów niegdysiejszy mistrz sam nierzadko nie jest i nie może być specjalistą w wykładanej dziedzinie, a wiedzę, którą przekazuje i która nierzadko się szybko zmienia lub dezaktualizuje, musi czerpać z literatury lub Internetu. Tęsknimy więc za mitem, za idealną wersją rzeczywistości, której już nie ma – podkreśla prof. Jerzy M. Mischke, nie kryjąc, że system wyższej edukacji oparty na paradygmacie uniwersytetu, który sprawdzał się w XIX wieku, dzisiaj jest trudny do utrzymania.

Czy więc e-learning jest środkiem, który może to zmienić? A może to tylko nowoczesność, która ma być rodzajem listka figowego na humboldtowskiej tradycji, którą wielu uznaje dzisiaj za anachroniczną, ale niewielu wie jak ją zmienić?

E-learning wśród sporej części akademików nie ma, jak byśmy to powiedzieli, dobrej prasy. Ale dydaktyka jest tym co kształtuje przyszłe pokolenia, a więc i przyszłość społeczeństwa, podczas gdy uczelnie stoją na dwóch, nie do końca równo traktowanych nogach. Ta ważniejsza w oficjalnej narracji, w budowaniu pozycji uczelni i akademickiego nauczyciela, to nauka i badania. Ta z pozoru mniej ważna, to dydaktyka, ale wydaje się, że zdobywanie kolejnych stopni i tytułów nie może być traktowane jako wystarczający wyznacznik kompetencji kształcenia studentów.

– W przypadku kształcenia w wielu dziedzinach, a zwłaszcza specjalnościach  praktycznych (zawodowych) cecha „uczoności” jako miary koniecznych dydaktycznych kompetencji nauczyciela jest dyskusyjna, zaś w przypadku e-kształcenia właściwie nieistotna ― tu bowiem liczą się przede wszystkim umiejętności dydaktyczne oraz kompetencje w zakresie zarządzania pracą na odległość – mówi prof. Mischke.

prof_mischke
fot. Tomasz Lewandowski

A liczba studentów rośnie


Według raportu opracowanego przez Sloan Consortium, do 2003 roku liczba studentów korzystających z platform e-learningowych w Stanach Zjednoczonych wyniosła ponad 1,9 mln. Od tego czasu liczba ta systematycznie rośnie, średnio na poziomie 25% w skali roku. Jak ocenia Sloan Consortium, zajęcia on-line oferują wszystkie instytucje szkolnictwa wyższego, ale warunkiem ich skuteczności jest kadra, posiadająca zarówno konieczną wiedzę merytoryczną, jak i odpowiednio wysokie kwalifikacje związane z  komunikacją via Internet oraz wykorzystaniem platform edukacyjnych.

– W e-edukacji wiele się mówi Digital Native osób, które dorastają wraz z technologią. Nie da się ukryć, że na skuteczność e-learningu mają wpływ różnice pokoleniowe. Dla dzisiejszego czterolatka smarfton jest jak nie przymierzając dla mnie czy dla pani klocki. Kiedy ten czterolatek dorośnie, e-learning zapewne będzie tak powszechny tak jak dzisiejsze zajęcia w sali wykładowej, tradycyjne wykłady najpewniej staną się wielkim wydarzeniem i rzadkością. Zaleta? Student, siedząc w domu we Wrocławiu czy w Krakowie będzie mógł uczestniczyć w zajęciach w Nowym Jorku czy Tokio. Proszę sobie wyobrazić, jak to zmieni studia — mówi prof. Mischke. – Ale e-edukacji nie da się wprowadzać na hura! Jeśli ktoś chce wdrażać e-learning w jakiejkolwiek instytucji edukacyjnej, musi to robić z głową, a najlepiej w formule projektu inwestycyjnego. Jakie będą założenia takiego projektu, jakie cele i środki użyte do jego realizacji, musi zdecydować owa instytucja edukacyjna. Warto jednak mieć świadomość, że to decyzje, które w jakimś sensie są nieuniknione, tak jak nieunikniona jest zmiana ścieżki edukacyjnej, którą podąża student. Wymusi to e-nauczanie i już wdrażana możliwość formalnego uznawania kompetencji zdobytych drogą nieformalną, np. przez uczestniczenie w firmowych szkoleniach lub pozaformalną, np. przez samokształcenie – podsumowuje prof. Jerzy M. Mischke.

***

Jerzy M. Mischke

doktor habilitowany inżynier, emerytowany profesor Akademii Górniczo-Hutniczej im. St. Staszica w Krakowie, konsultant ds. e-edukacji w Edukacji-Online.pl Od 1996 do końca 2002 roku dyrektor Ośrodka Edukacji Niestacjonarnej (dzisiaj Centrum e-Learning) na AGH. W latach 2005-2009 jako pierwszy dyrektor Ośrodka Nowych Technologii Edukacyjnych w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy zainicjował systemowe wdrożenie kształcenia komplementarnego (blended learning).

Od 2006 roku współtworzy Kompendium e-Edukacji, obecnie jest jego wydawcą i redaktorem naczelnym. W tym roku rozpoczął również działalność w Stowarzyszeniu e-Learningu Akademickiego jako jego członek-założyciel oraz przewodniczący Rady Naukowej. Współpracuje z Edukacją-Online.pl
kbk