Wyszukiwarka

Nic nie dzieje się przypadkiem…

… chociaż to właśnie przypadkiem prof. Marek Wojciech Lorenc tłumaczy wiele zdarzeń w swoim zawodowym życiu. Naukowiec z legitymacją dziennikarską, towarzyski samotnik, artysta fotografik i zawodowy kierowca, geolog i górnik. 
27 lipca 2015 roku

Z jednej strony zbywa pytanie o to, czym dla niego jest przestrzeń: – To po prostu miejsca, w których byłem. Pustynie, stepy, dżungle, miasta. Nie ma w tym żadnej filozofii, jestem przyrodnikiem i lubię chodzić po ziemi. Nie pasuje mi nurkowanie na rafie, a latam tylko wtedy, gdy nie mogę gdzieś dotrzeć w inny sposób. Z drugiej strony  już na początku swojej książki Marek Lorenc wyznacza nieprzyziemną perspektywę: „4,5 miliarda lat zapisane jest w skałach, skały i ich kawałki – kamienie – towarzyszą ludziom od zawsze, no i kamienie potrafią śpiewać. Te procesy, które działały 4,5 miliarda lat temu, działają nadal, więc człowiek musi je zrozumieć, by mądrze wykorzystać”.

Książka „Wykorzystać kamień”, którą wydał wspólnie z Sławomirem Mazurkiem, kolegą zajmującym się projektowaniem elewacji, to przykład dobrego łączenia wiedzy uczonego i doświadczenia praktyka. Prof. Lorenc napisał ją, szukając pomysłu na swoje nowe zawodowe wcielenie.

Od czasu ukończenia studiów, czyli od 1974 roku, pracował w PAN, zajmował się geologią, a ściślej petrologią. Kiedy w 2002 roku został zatrudniony w Instytucie Budownictwa i Architektury Krajobrazu Uniwersytetu Przyrodniczego, musiał na nowo określić swoje zawodowe priorytety. Dla architekta krajobrazu nie jest ważne, skąd kamień pochodzi, ale jak go wykorzystać.

Książką i wykładem „Kamień w architekturze” wszedł w środowisko architektów. Lektura polecana tym, którzy projektują i budują, okazuje się interesująca także dla laików – jest jedno wytłumaczenie: pasja autora.

prof_lorenc1
fot. Tomasz Lewandowski

W gabinecie Marka Lorenca kamienie leżą wszędzie: na biurku, na regale, na stole, przy którym rozmawia z gośćmi. W rodzinie żartują, że on od dziecka chciał być geologiem i wspominają uparte zbieranie kamyków na plaży podczas wakacji. – Są takie śliczne, jakoś nie mogę się z nimi rozstać – tłumaczy profesor obecność tylu kamieni w swoim gabinecie. – Niektóre z nich służą do celów dydaktycznych – dodaje pospiesznie.

Mistrz i jego uczniowie


W uniwersyteckim gabinecie Marka Lorenca poza kamieniami rzuca się w oczy regał z równo ustawionymi pracami licencjackimi, magisterskimi i doktorskimi. Profesor bezbłędnie sięga po poszczególne tomy i opowiada o ich zawartości. – Wygrzebujemy kamień z ziemi i pozostaje wielka dziura – pokazuje pracę o zagospodarowaniu kamieniołomów – i już snuje opowieść o tym, jak wykorzystano wyrobiska na Górze Świętej Anny, a jak w Kielcach. Gdzie sprawdzą się amfiteatry, a gdzie lepiej kąpieliska. – Geoturystyka to szansa dla tych pokopalnianych terenów.  A moja doktorantka zajmuje się problemem rekultywacji na dobrym europejskim poziomie. I tak profesor sięga po kolejne prace: kamienne nagrobki w nekropoliach różnych religii… i znów opowieść. W tych opowieściach o magistrantach i doktorantach wyraźnie słychać radość i autentyczną sympatię dla swoich wychowanków. – Profesor Lorenc? To najlepsze co mnie na tych studiach spotkało – komentuje była studentka geologa – górnika.

Przypadki i oczywistości


Kolejne etapy naukowej kariery Marek Lorenc chętnie tłumaczy przypadkiem. No może z wyjątkiem tego, że będzie naukowcem. Dla syna dwojga nauczycieli akademickich było oczywiste, że praca zawodowa polega na czytaniu – pisaniu – czytaniu – pisaniu – czytaniu…

Ojciec, Władysław Lorenc, pracownik naukowy lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej, w 1945 roku przyjechał z rodziną do Wrocławia, a rok później, podczas pierwszej po wojnie promocji, otrzymał stopień doktora na Wydziale Przyrodniczym Uniwersytetu. Był jednym z twórców wrocławskiej weterynarii. Zmarł nagle, w 1957 roku, kiedy Marek miał 7 lat. Mama, Joanna Lorenc, biolog, pracowała  Instytucie Zoologii Uniwersytetu Wrocławskiego od pierwszych dni jego powstania aż do przejścia na emeryturę w roku 1974 (zmarła również nagle 14 lat później). Pani Doktor, pracująca na co dzień ze studentami, nie zamartwiała się, gdy syn za pierwszym razem nie dostał się na studia: – Spróbujesz za rok, a teraz idź do pracy. Marek Lorenc, nieprzyjęty na studia z powodu nabazgranej i nieczytelnej pracy egzaminacyjnej, skończył kurs dla kierowców i zrobił zawodowe prawo jazdy. Fizycznie pracował w Instytucje Geologicznym. I tu noszącego skrzynki chłopaka zobaczył dr Stanisław Maciejewski, który nie tylko mówił mu, co i gdzie zanieść, ale tłumaczył, czym są kamienie, które przenosi, skąd pochodzą, jak je badają. – Tak przypadkiem ukształtowały się moje zainteresowania geologiczne na wiele kolejnych lat – wspomina dziś prof. Lorenc.

Kilka lat później, podczas stażu w Hiszpanii, przypadkiem spotyka ludzi poszukujących geologa, który podjąłby się opracowania mapy geologicznej pewnego rejonu Argentyny. Marek Lorenc uznał, że takie porównawcze badania przydadzą się przy przygotowywanej wówczas habilitacji.  – Dostałem stypendium, dwóch studentów do pomocy i przeżyłem mnóstwo przygód – wspomina ten czas z nieukrywanym sentymentem.

prof_lorenc2
fot. Tomasz Lewandowski

Kiedy magister geologii, doktor nauk przyrodniczych, doktor habilitowany nauk o Ziemi w zakresie geologii, trafił na Uniwersytet Przyrodniczy, temat profesury wydawał się problemem. I znów pomógł przypadek: spotkał ludzi zajmujących się podziemiami, kopalniami, kryptami, lochami. Wprowadziła go w to środowisko Elżbieta Szumska, właścicielka kopalni w Złotym Stoku. Razem działali w Europejskiej Sieci Dziedzictwa Górniczego „Europamines”.  – No i w ten sposób, przypadkiem, jestem górnikiem – śmieje się Marek Lorenc, profesor nauk technicznych w dyscyplinie górnictwo i geologia inżynierska.

A jeśli to nie przypadek?


Profesor Marek Lorenc, jak twierdzi, najlepiej czuje się w pustych otwartych przestrzeniach. – Albo w górach, albo w dżungli, ale sam lub tylko z kimś bliskim – podkreśla. Nie lubi tłumu, twierdzi, że jest samotnikiem i nie znosi spędów, konferencji, celebracji (manifestuje to nawet sposobem ubierania – na uczelni najczęściej widać go w czarnym t-shircie). A równocześnie to właśnie jego stowarzyszenie działające na rzecz zabezpieczenia dziedzictwa górniczego Hiszpanii honoruje specjalnym członkowskim certyfikatem. To on zakłada kolejne stowarzyszenia i kluby, organizuje koordynuje współpracę UPWr z turecką uczelnią, a dla swoich studentów organizuje zamiast wprowadzającego wykładu wycieczkę śladem kamieni. To jemu przypadkiem spotkani ludzie oferują współpracę, stypendia, przyjaźń.

Spotkany przypadkiem na argentyńskiej pustyni gaucho zaprasza go do siebie na obiad. – Przyjedź tam – pokazuje i Lorenc jedzie 100 km od najbliższej osady. Do starej hacjendy, bez prądu i jakichkolwiek wygód. Do rodziny, w której najstarszy syn ma 20 lat, a najmłodszy kilka tygodni. A kilkoro dzieci pomarło, bo taki jest los. Mają tylko to, co sami wyhodują, uprawią i zrobią.  Kupują dwa razy w roku tylko to, co niezbędne, a czego sami nie są w stanie wytworzyć. I tych dwóch ludzi: gaucho, który nie ma pojęcia, co to jest Europa, bo jego świat kończy się na skraju pola, i ten dziwaczny gringo, który objechał pół świata, a teraz z młotkiem biega po pustyni, siedzą przy biednym obiedzie i wiele godzin rozmawiają, mają sobie tyle do powiedzenia. A potem jeszcze argentyński gaucho obdarowuje polskiego geologa tym, co ma, choć ma niewiele...

Być może to wszystko jednak nie przypadkiem, tylko wskutek tego, jaki jest Marek Lorenc.
 
jc