Byliśmy biedni, ale nie brakowało nam jednego. Entuzjazmu

W 1945 roku na gruzach Wrocławia zaczęło się rodzić nowe, polskie życie. Profesorowie na czele z rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, przenosząc tradycję, odbudowywali z pomocą studentów to co najważniejsze – intelektualną siłę miasta.
25 maja 2015 roku

„Szkoły wyższe jako jednostki prawne, rodzą się z aktów ustawodawczych, ale jako ośrodki pracy naukowej, wyrastają z tradycji wieloletnich wysiłków. Uniwersytet i Politechnika we Wrocławiu liczą jako organizmy prawne niespełna rok życia, ale jako zespoły naukowe wyrastają z wypróbowanych i starych tradycji lwowskich. Jakkolwiek grono naszych kolegów, zasilone zostało licznymi wybitnymi siłami naukowymi, rekrutującymi się z Wilna, Warszawy, Krakowa i Poznania, niemniej trzon zespołu naukowego, starszego i młodszego, podobnie jak trzon naszego zespołu młodzieżowego pochodzi zza Buga. Jesteśmy materialnymi spadkobiercami ruin niemieckiego Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu, a duchowymi spadkobiercami kresowej kultury lwowskiej” – te słowa profesora Stanisława Kulczyńskiego wygłoszone 9 czerwca 1946 na uroczystości otwarcia Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu, wtedy jeszcze jednej uczelni, zapamiętał jej student, Ryszard Badura.

– Było dokładnie tak, jak mówił profesor. Weszliśmy do niemieckich budynków. Wielu zresztą zrujnowanych, wymagających rozminowania czy choćby odgruzowania. Ja byłem w Straży Akademickiej i pamiętam, jak pilnowałem grupy Niemców, którzy odgruzowywali gmach główny Uniwersytetu. Zachodnia część była kompletnie zrujnowana, bo bomba przebiła dach, niszcząc Collegium Musicum, które dzisiaj znamy jako Oratorium Marianum – opowiada profesor Badura, który kilka lat później mógł się już pochwalić dyplomem magistra weterynarii i który o kresowym duchu wypełniającym niemieckie mury nie tylko uczelni, ale całego miasta mówi barwnie i nie szczędząc anegdot.

wet_arch-4
fot. materiały archiwalne UPWr

Wojna – próba charakterów


Do Wrocławia przyjechał w lipcu 1945 roku. Przed wojną zdążył jeszcze zdać małą maturę, bo mama wysłała go prawie dwa lata wcześniej do szkoły. Do studiowania potrzebna mu była jednak duża matura i tę udało mu się zdać w Katowicach, ale między wrześniem 1939 roku a latem 1945 nie tylko w jego życiu wydarzyło się wiele, nie zawsze łatwych spraw.

– Urodziłem się w Trzebini. Tam chodziłem do gimnazjum, ale jak wybuchła wojna i zaczęto wywozić ludzi do Rzeszy na roboty, było jasne, że trzeba się gdzieś zahaczyć, mieć pracę i dobre papiery, by tej wywózki uniknąć – tak Ryszard Badura trafił do słynnej na całą Polskę fabryki lokomotyw w Chrzanowie, która do 1939 roku nosiła nazwę Fablok, a po wkroczeniu Niemców została przejęta przez niemieckie zakłady Henschel & Sohn w Kassel i nazywała się Oberschlesische Lokomotivwerke AG Krenau O/S (Oberlok). Młody Badura został uczniem ślusarskim i trafił pod skrzydła prawdziwej robotniczej awangardy. Dzisiaj mówi o tamtych czasach wprost: – Tam były bardzo silne wpływy lewicowe, sięgające jeszcze czasów przedwojennych. Pracowałem w fabryce trzy lata. Zrobiłem w tym czasie nawet papiery rzemieślnicze, a po ataku Niemców na Związek Radziecki coraz wyraźniej było widać, jak rodzi się ruch oporu. Próbowali mnie wciągnąć w politykę, ale co chwilę Niemcy kogoś aresztowali, ktoś był i nagle znikał i nie wiadomo było, co się z nim stało. Coś musiałem zdecydować.

I zdecydował. Z Chrzanowa wyjechał do Bystrej Śląskiej, do szpitala przeciwgruźliczego. W tutejszym sanatorium w 1936 roku zmarł Ignacy Daszyński, ale Ryszarda Badury historia uzdrowiska i jego znanych gości interesowała w niewielkim stopniu. Ważniejsze było to, aby przeżyć wojnę. Nie dać się zabić. I uniknąć wywózki.

– Młodszy brat, Leszek, był w Bystrej pomocnikiem niemieckiego dentysty. Nigdy nie opowiadał szczegółów, jak mu się to udało, ale udało. Załatwił mi skierowanie na leczenie w szpitalu. Oczywiście nie można było na nim napisać w rozpoznaniu, że mam klasyczną gruźlicę, bo każdy lekarz od razu by wiedział, że to kłamstwo. Więc miałem wpisane, że choruję na gruźlicę węzłów chłonnych. To już była ciężka diagnostycznie sprawa i tak zostałem pacjentem niemieckiego szpitala, gdzie nie tylko leczono gruźlików, ale przede wszystkim rannych żołnierzy – opowiada profesor i z szelmowskim uśmiechem dodaje, że jak już wyleczono go z wymyślonej choroby, to został w tym szpitalu portierem. To był prawdziwy raj. Ciepło, spokojnie. Sen z powiek spędzała tylko centralka telefoniczna, którą obsługiwał, ale w porównaniu z fabryką lokomotyw robota była żadna.

– Moi koledzy robotnicy w Chrzanowie wiedzieli, że mam małą maturę. Chodzili więc za mną i dogadywali „e, studencik, a może byś tak pozamiatał”. Myśleli, że się będę wywyższał. W Bystrej z kolei, jak już szedł front i Niemcy zaczęli się wycofywać, to taki jeden przyszedł do mnie na portiernię i namawiał, żebym uciekał razem z nimi, bo jak Iwan przyjdzie to na pewno da nam popalić. Nie chciałem, więc na odchodne dał mi stary pistolet. Do obrony przed Rosjanami… – profesor Badura jeszcze dzisiaj kiwa głową z niedowierzaniem. Pistoletu na szczęście użyć nie musiał. I z Bystrej, kiedy tylko było to możliwe, pojechał do Katowic, gdzie jedne z pierwszych kroków skierował do kuratorium oświaty. Po zgodę na zdawanie egzaminu dojrzałości. Nauczyciele szli tym wojennym pokoleniom, z małą maturą czy egzaminem zdanym podczas tajnych kompletów, na rękę. Najważniejsze było, że młodzi chcieli się uczyć, studiować, że skończyła się wojna i okupacja, że zaczęło się życie.

wro1
fot. Muzeum Miejskie Wrocławia

Nowe życie w cieniu zbrodni


Ryszard Badura dużą maturę zdał. W liceum administracyjnym. Na studia w Krakowie nie miał już szans, bo tam rok akademicki zaczął się jak Pan Bóg przykazał, 1 października. W końcu miasto było niezniszczone, a Uniwersytet Jagielloński stał nienaruszony.

– Trzeba było się jeszcze wyreklamować od wojska. W Komisji Uzupełnień. Nie ja jeden myślałem, że przecież wojna się skończyła, to na co mi z karabinem w ręce i w mundurze tracić kolejne lata. I tak z kolegami uradziliśmy, że jedziemy do Wrocławia. Wiedzieliśmy, że miasto jest zrujnowane. Ale też wiedzieliśmy, że skoro uczelnie jeszcze nie ruszyły, to mamy szansę i wojsko nas nie capnie – opowiada Ryszard Badura.

Do Wrocławia przyjechali pewnego lipcowego dnia. A właściwie nie tyle dnia, ile nocy. Pociąg stanął na Dworcu Nadodrze, bo Główny był nieczynny. Wysiedli w obcym mieście, bez grosza przy duszy, z nędznym dobytkiem w niewielkich tekturowych walizkach. Na peronie stał jakiś młody chłopak. Wyraźnie widać było, że na kogoś czeka. Podeszli do niego. – A koledzy pewnie też na studia? – rzucił z uśmiechem. Kiwnęli głowami, że tak. – A macie gdzie spać?  – tym razem kiwnęli głowami, że nie. – No to chodźcie ze mną.

I poszli. Najpierw ulicami, przy których stały wysokie kamienice, ale jak tylko doszli do Odry zanurzyli się w morze ruin. I tym morzem dotarli na Krzyki. Do samotnej willi, w której mieszkały samotne Niemki i grupka młodych Polaków, która przyjechała do Wrocławia na studia.

– Jak one się cieszyły. Wtedy nie tylko strach było chodzić w nocy po mieście, tak było niebezpiecznie, ale nawet w domu mogło być groźnie. Jak zapadał zmierzch to co jakiś czas dochodziły nas krzyki „Hilfe! Hilfe!”. Ktoś był grabiony, ktoś mordowany, a gwałty i to nie tylko na Niemkach były niemalże ponurą codziennością. 

„Pierwsza myśl nasza biegnie ku pamiętnemu porankowi dnia 4 lipca 1941 roku, kiedy to odbywał się we Lwowie akt publiczny akademickich szkół lwowskich, akt krwawy, treścią swą związany głęboko z dzisiejszym” – mówił 9 czerwca 1946 roku do studentów i profesorów rektor Kulczyński. Mówił o jednej z wielu zbrodni, jakiej dokonali okupanci, ale zarazem zbrodni szczególnej, bo uderzającej w serce Polski, inteligencję.

wet_arch-2
fot. materiały archiwalne UPWr

„Akademickie szkoły lwowskie stanęły tego dnia nie na podium auli, ale pod ścianą piaskowni lwowskiej, nie w obliczu władz i społeczeństwa polskiego, ale w obliczu władz i przedstawicieli społeczeństwa niemieckiego. Reżyserem tej uroczystości był Himmler, a wykonawcą Niemiec Hans Krueger, podówczas szef miejscowego Gestapo, później morderca 250 nauczycieli Stanisławowa. Jakkolwiek odległa jest ta chwila, pamiętamy i widzimy, jak w oczach naszych osuwa się na kolana i wali w rów ostatni rektor lwowski, Roman Longchamps i trzech jego synów, dziekan ostrowski i jego żona, dziekan Rencki i chirurg Dobrzaniecki i internista Grek i jego żona i osiemdziesięcioletni Sołowij i jego wnuk Mięsowicz...” – rektor wymieniał nazwiska tych, którzy zginęli na Wzgórzach Wuleckich i których wiele lat później środowisko akademickie Wrocławia upamiętniło pomnikiem. Co roku składane są tam wieńce, co roku zapalane znicze. Słowa Kulczyńskiego w mieście, które jeszcze nie tak dawno temu było miastem niemieckim, jednym z najważniejszych w III Rzeszy, brzmiały jednak szczególnie.

„Oto żniwo jednego dnia, 120 nazwisk, w tym 25 profesorów, 120 liter aktu spisanego krwią naszych kolegów i kulami karabinu Hansa Kruegera, aktu, w którym spisane zostało nasze moralne prawo do dzisiejszej uroczystości we Wrocławiu, aktu, w którym mieści się odpowiedź na pytanie – dlaczego w auli tej, wzniesionej niemieckimi rękoma, jesteśmy dzisiaj sami bez reprezentacji nauki niemieckiej, dlaczego w gronie młodzieży naszej nie chcemy widzieć żadnego Niemca, żadnego przyszłego Hansa Kruegera, dlaczego na podszepty, że nauka jest ideą międzynarodową, odpowiadamy – owszem rozmawiać będziemy o tym, ale poprzez ścianę i kordon bagnetów polskich, stojących na Nysie i Odrze” – Ryszard Badura, który do Wrocławia przyjechał studiować prawo, ale ostatecznie wybrał weterynarię, słuchając tych słów nie mógł wiedzieć, że w 2010 roku zostanie doktorem honoris causa Uniwersytetu Ludwiga Maximiliana w Monachium, tym samym Monachium, z którego Hitler rozpoczął swój marsz po władzę.

wro3
fot. Muzeum Miejskie Wrocławia

A jeśli pokoju nie będzie?


– Wszyscy byliśmy tak samo biedni. I każdy musiał jakoś przeżyć w mieście, które powoli stawało się polskie. Ja trafiłem do Bratniej Pomocy, czyli Bratniaka, a stamtąd do Straży Akademickiej. Bratniak zajął ostatnią kamienicę przed mostem Zwierzynieckim, na wprost dzisiejszego rektoratu Uniwersytetu Medycznego. Tam w pokojach stały łóżka piętrowe, na których jak ktoś nie miał kwatery, mógł się przespać kilka nocy. No i było jedzenie. Makaron z sosem pomidorowym. Codziennie taki sam – profesor Badura nie zdradza, czy od tamtych tużpowojennych miesięcy na widok sosu pomidorowego wciąż reaguje entuzjastycznie. Chętnie za to wyciąga zdjęcia, na których widać młodych chłopców. Ktoś ma zwykłą marynarkę, ale ktoś obok bluzę od niemieckiego munduru. O przynależności do Straży świadczy biało-czerwona opaska na rękawie. Noszona z dumą.

– Dlaczego trafiłem na weterynarię? – Ryszard Badura na pytanie odpowiada śmiechem. – Chciałem być prawnikiem. I nawet się zapisałem na prawo, kiedy Uniwersytet ogłosił nabór na studia w październiku. Myślałem o jakichś studiach ekonomicznych, takiej lwowskiej handlówce nazywanej eksportówką, bo miałem przygotowanie i jak już okrzepłem we Wrocławiu, to nie tylko pilnowałem Niemców sprzątających budynki Uniwersytetu, ale też pracowałem w redakcji pierwszej polskiej gazety we Wrocławiu, a dokładniej w buchalterii „Pioniera”. Ale wie pani, choć wojna się skończyła, to atmosfera wcale nie była pokojowa. Cały czas mówiło się „jeszcze jedna bomba atomowa i powrócim znów do Lwowa”. No i ktoś wytłumaczył mi, że jak przyjdzie wojna, to trzeba mieć konkretny zawód. Komu w czasie wojny potrzebny jest prawnik? A weterynarz to co innego. Wtedy nie leczyło się tak jak dzisiaj piesków, kotków. Weterynarz to był człowiek, który decydował, czy zwierzę gospodarskie może iść do rzeźni. Tacy ludzie w czasie wojny są potrzebni – opowiada profesor Badura i przyznaje, ci co przekonali go zmiany kierunku studiów chyba nie przewidzieli, że kilka lat później, kiedy stalinowcy wprowadzą rządy terroru, weterynarz będzie mógł trafić do więzienia oskarżony o sabotaż.

indeks_badura-1
fot. materiały archiwalne UPWr

Zapisy na I rok studiów na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Wrocławskiego ruszyły 5 listopada 1945 roku. Zapisywano też tych, którzy zaczęli studia przed wojną i nie mogli ich skończyć w czasie okupacji. Wykłady rozpoczęły się 21 listopada.  Tydzień wcześniej, 15 listopada, uroczysty wykład wygłosił prof. Kazimierz Idaszewski. Prof. Badura pamięta, że wykład dla Straży Akademickiej miał też prof. Ludwik Hirszfeld.

– Byliśmy młodzi, wielu po różnych wojennych przejściach. Po tym pierwszym okresie pełnym energii, mobilizacji, zaczęły się poluzowywać coś nazywamy normami moralnymi. Zaczęły się u niektórych problemy z alkoholem. I Hirszfeld wtedy zrobił wszystko, by nas młodych, znów natchnąć do nauki, do nowego życia. Mówił ważne słowa o tym, że jesteśmy potrzebni, że od naszego wysiłku zależy nie tylko to, co będziemy robić w przyszłości, ale też i Polska. Wielu kolegom te słowa były bardzo potrzebne – opowiada prof. Ryszard Badura.

„Trzeciego dnia po złamaniu oporu niemieckiego przez armię Związku Radzieckiego wkroczyła do Wrocławia grupa ludzi, której zadaniem było ratowanie szczątków wrocławskich uczelni i przygotowanie warunków pod organizację przyszłego Uniwersytetu i Politechniki. Przyprowadził tę grupę pierwszy prezydent miasta i pierwszy Uniwersytetu i Politechniki opiekun i prorektor dr Bolesław Drobner. Uniwersytecko-politechniczna grupa pionierska składała się z 26 osób, w tym pięciu akademików” – przypomniał w czerwcu 1946 roku profesor Kulczyński.

wet_arch-9
fot. materiały archiwalne UPWr

Wrocław zamiast Lwowa


Ta grupa, o której wspomniał, zaczęła działać na kilka miesięcy przed upadkiem Festung Breslau i końcem wojny. Wiadomo już było, że zostaną przesunięte granice i Polska straci kresy wschodnie, zyskując w zamian nowe terytoria na wschodzie Niemiec. 14 marca 1945 roku Rząd Tymczasowy, czyli stworzony w lipcu 1944 r. tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, powołał socjalistę i byłego ministra pracy i opieki społecznej, dr. Bolesława Drobnera, na prezydenta Wrocławia. Nie tylko obrońcy twierdzy nie mieli pojęcia o decyzji, przygotowującej przejęcie miasta. O swoim awansie nie wiedział też sam Drobner, który o czekających go zadaniach dowiedział się przypadkiem od krakowskiego urzędnika 10 dni po zapadnięciu decyzji. Był jednak tak ostrożny, że początkowo nie potraktował tej nowiny poważnie. Podobno uwierzył w nią dopiero wtedy, kiedy w wieczornym serwisie podała ją rozgłośnia BBC.

Grupa pionierów wjechała do miasta 9 maja. Dowodził nią inżynier Kuligowski, mianowany przez Drobnera na wiceprezydenta Wrocławia. Ten zalążek polskiej administracji zainstalował się w kamienicy przy dzisiejszej ul. Poniatowskiego 27 (co upamiętnia stosowna tablica na ścianie budynku). Następnego dnia w zajętym mieszkaniu pojawił się Drobner, który nie wiedział, że w tym samym czasie swoją administrację uruchomili też Niemcy, oficjalnie odwołujący się do antyfaszystowskiego ruchu oporu i w dodatku mający wyraźną przychylność radzieckiego dowództwa. Doszło do potężnej awantury, kiedy szybko okazało się, że owi antyfaszyści to tak naprawdę ukrywający się naziści. Rosjanie ostatecznie wysiedlili całą „administrację” niemiecką w liczbie 800 osób do Niemiec, a w sierpniu, na mocy ustaleń konferencji w Poczdamie ostatecznie rozwiązano wszystkie niemieckie organizacje.

Prof. Grzegorz Załucki w referacie wygłoszonym w 2000 roku, tak opisywał początki wrocławskiej weterynarii, na której on i jego kolega, prof. Badura pod koniec 1945 roku zaczęli studia: „15 lipca 1945 roku prof. Andrzej Klisiecki i student Alfred Senze będąc po raz drugi u pełnomocnika ministra oświaty prof. Stanisława Kulczyńskiego przedstawili mu plany klinik weterynaryjnych, plany nauczania studentów medycyny weterynaryjnej i skromne potrzeby materialne z tym związane, przekonując jednocześnie, że utworzenie jeszcze tego jednego wydziału przyniesie gospodarce narodowej wiele korzyści. Po delikatnej uwadze, że w razie nieprzyjęcia przedstawionych postulatów Straż Akademicka opuści natychmiast Wrocław, prof. Kulczyński skapitulował mówiąc z rozbrajającym uśmiechem: „Jesteście niezwyciężeni – twórzcie swój wydział”.

wet_arch-6
fot. materiały archiwalne UPWr

Kulczyński za prace nad odbudowaniem wrocławskim uczelni zabrał się tak szybko, jak Drobner za administrowanie miastem. Do Wrocławia przyjechał 11 maja. A 18 czerwca były rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w Krakowie wygłosił odczyt, który nie tylko miał przybliżyć słuchaczom prace grupy kulturalno-oświatowej, którą kierował, ale przede wszystkim zachęcić ich do przyjazdu do Wrocławia. Kulczyński przekonywał, że to tam, na zachodzie, czekają na nich odpowiednie warunki dla pracy naukowej.

Jak wspominał prof. Załucki, „był to jednocześnie czas, w którym ważyły się losy organizowanego w Krakowie tzw. Studium Weterynaryjnego przy Wydziale Rolniczym. Trzystu zarejestrowanych studentów czekało cierpliwie na decyzję ministra oświaty. Kiedy 26 czerwca 1945 roku przyszła odmowna odpowiedź, prof. dr Andrzej Klisiecki – były profesor fizjologii Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie – rzuca myśl wyjazdu do Wrocławia i zorganizowania tam Wydziału Medycyny Weterynaryjnej. Dwa dni później, wysłani przez prof. Klisieckiego asystenci Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie: Alfred Senze, Karol Buluk i Zbigniew Jara, jako pierwsza pionierska grupa rozpoznawcza wjechali do dymiącego jeszcze miasta, by zapoznać się z jego sytuacją ogólną i rozejrzeć się za ewentualnymi pomieszczeniami dla planowanego Wydziału Medycyny Weterynaryjnej”.

– Jakie były nasze początki? Fascynujące. Lwowska uczelnia, gdyby nie wojna, osiągnęłaby światowy poziom. Jej profesorowie jeździli do Wiednia, Berlina, Paryża, wszędzie tam, gdzie medycyna weterynaryjna stała na najwyższym poziomie. Jeździli po wiedzę i wracali. Świetnie władali językami i w niczym, ale naprawdę w niczym, nie odstawali od swoich kolegów z zagranicy. Ja miałem to szczęście, że studiowałem w czasach, kiedy profesor to był ktoś. Autorytet, mistrz, człowiek z charyzmą – wspomina prof. Ryszard Badura, dla którego mistrzem stał się prof. Kazimierz Szczudłowski, ostatni rektor Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. To u niego zaczął pokonywać kolejne szczeble naukowego wtajemniczenia, aż do fascynującej współpracy z prof. Wiktorem Brossem, wybitnym chirurgiem transplantologiem.

„W niemieckim Wrocławiu nie było Wydziału Weterynaryjnego, istniał natomiast Instytut Rolniczy, przy którym znajdowała się Katedra i Klinika Weterynaryjna. Zniszczone budynki i urządzenia tego instytutu wybrano na materialną bazę przyszłego Wydziału Medycyny Weterynaryjnej. Pierwsze spotkanie z pełnomocnikiem ministra oświaty, które odbyło się 30 czerwca 1945 roku, przyniosło całkowite rozczarowanie. Prof. Kulczyński oświadczył, że za mało jest ludzi by tworzyć nowe wydziały i, że są ważniejsze sprawy do załatwienia” – wspominał prof. Grzegorz Załucki, wyjaśniając, że w tej sytuacji Alfred Senze wysłał listy do rozsianych po Polsce asystentów. Poprosił o przyjazd do Wrocławia, wychodząc najwyraźniej z założenia, że taka miękka presja w postaci faktów dokonanych może być skuteczną bronią – im więcej ich będzie w jednym miejscu, tym większa będzie szansa, że powstanie tam weterynaria.

5 lipca do Wrocławia przyjechał kierownik grupy weterynaryjnej prof. Andrzej Klisiecki, któremu towarzyszyło czterech asystentów. Dwa dni później dotarła grupa 35 studentów. szych 35 studentów. Szefem Straży Akademickiej został student medycyny weterynaryjnej Włodzimierz Jurczyk, były partyzant AK. Pozostałych studentów też szybko oddelegowano do konkretnych zadań: Karol Buluk pilnował Instytutu Zoologicznego, Zbigniew Jara – klinik medycznych, a Alfred Senze – Instytutu Rolniczego oraz Katedry i Kliniki Weterynaryjnej przy ulicy C. K. Norwida 25 (wtedy Hansastr).

wet_arch-8
fot. materiały archiwalne UPWr

Dla nauki pracowali wszyscy


Było głodno, biednie, ale jednego nie brakowało – entuzjazmu. To studenci ze Straży bowiem zdobyli kilka tysięcy dachówek i sami pokryli nimi dachy klinik.

„Stan zniszczenia, w jakim zastaliśmy budynki i zakłady naukowe, był niemal rozpaczliwy. Niedościgłym marzeniem wydawała się odbudowa i pokrycie dachów przed nadejściem zimy” – rektor Kulczyński przypominał w czerwcu 1946 roku nie tylko studentom stan, w jakim zastali wrocławskie uczelnie rok temu. I wyliczał, co się udało, jakby na przekór rozsądkowi i możliwościom: „Całkowicie zabezpieczono na okres zimowy oraz pokryto i oszklono 25 budynków. Powierzchnia pokrytych dachów wynosiła do zimy 36.000 metrów kwadratowych. Powierzchnia wprawionych szyb 20.000 metrów kwadratowych. Do oszklenia przyczynili się walnie robotnicy huty szkła w Wałbrzychu, którzy ofiarowali swą pracę na wytworzenie 2,5 wagonów szkła dla Uniwersytetu i Politechniki. Oceniając w pełni wysiłek tych robotników, Senat postanowił w trzecim dniu Kultury Polskiej na Ziemiach zachodnich poświęcić jedną z sal wykładowych i nazwać imieniem Załogi Robotniczej, która pierwsza tak ofiarnie zadokumentowała solidarność nauki i świata pracy. Usunięto setki ton gruzu i wydobyto spod niego cenny materiał naukowy. Rozminowano wszystkie budynki” – Załoga Robotnicza już dawno nie patronuje sali wykładowej, ale wtedy latem 1946 roku dumni z ciężkiej pracy byli wszyscy, i profesorowie, i studenci, i robotnicy. Rodziła się jedność i poczucie więzi z miastem, w którym wszyscy musieli stworzyć siebie od nowa.

– Kiedy zaczęły się studia, musiałem zrezygnować z pracy w „Pionierze”. Nie dało się godzić obecności w biurze z udziałem w ćwiczeniach. No to przez jakiś czas rozwoziliśmy z kolegami w nocy gazety, odbierane z drukarni. Potem stworzyliśmy biuro pisania podań. Znaliśmy niemiecki i wieczorem taki jeden Niemiec przynosił nam podania zebrane od rodaków, a rano odbierał przetłumaczone na polski. Pilnowałem też monopolu spirytusowego na Traugutta, pamiętam siedzieliśmy z kolegą w stróżówce i nawet mieliśmy stary karabin na wszelki wypadek. Której nocy patrzyłem na restaurację, która była po drugiej strony ulicy. Światła, orkiestra rżnie, ludzie tańczą, śmieją się, bawią. I wtedy pomyślałem, że też tak kiedyś będę żył. Pełną piersią – w spojrzeniu prof. Ryszarda Badury trudno nie dostrzec szelmowskiego błysku.

wro2
fot. Muzeum Miejskie Wrocławia

„Obowiązki uczonego wobec nauki i społeczeństwa określają jednocześnie obowiązki młodzieży wobec uczelni. Młodzież winna pamiętać, że uczelnia wyższa nie jest rodzajem sklepu, w którym posiadacze wiedzy sprzedają ją tym, którzy jej poszukują. Uczelnie wyższe są miejsce kultu, kultu idei prawdy nieosiągalnej w swej doskonałości, do której zbliżamy się w trudzie i znoju. Młodzież winna pamiętać, że kult dla idei prawdy jest jedyną więźbą, jednoczącą uczonego i młodzieńca we wspólnotę akademicką, że kultu tego i wynikającej zeń więźby nie zastąpi kult dla żadnej gotowej prawdy naukowej, czy politycznej w swej gotowości niedoskonałej. Młodzież winna pamiętać, że służba dla idei prawdy nakłada na nią część odpowiedzialności za los akademickich szkół wrocławskich, startujących dzisiaj w przyszłość, oby tak świetną, jak przyszłość starszych jej siostrzyc” – rektor  Stanisław Kulczyński swoje wystąpienie w czerwcu 1946 roku zakończył łacińską sentencją „Quod felix faustum, fortunatumque sit!”. „Oby to było dla szczęścia, dobra i pomyślności!”.

– To były prorocze słowa, niezależnie od zmian, jakie nastąpiły później, rozdzielenia  Uniwersytetu i Politechniki, a później odłączenia naszej weterynarii i wydziału rolniczego i stworzenia Wyższej Szkoły Rolniczej, która udało mi się przekształcić w Akademię Rolniczą. Owa akademickość, ów duch uniwersytetu nam, tym pierwszym rocznikom, towarzyszyły przez wszystkie lata pracy i są z nami do dzisiaj. Bo trzeba przyznać rektorowi Kulczyńskiemu, uczelnia wyższa to nie sklep z towarem, to miejsce, w którym kształtuje się kolejne pokolenia. Pamiętajmy o tym zawsze – mówi prof. Badura, odkładając na bok swój indeks, kto wie, czy nie najcenniejszą pamiątkę z tych pierwszych dni, w którym obok celujących ocen, uderza napis na pierwszych stronach, po łacinie i po polsku: „My Rektor i Dziekan Wydziału Medycyny Weterynaryjnej w Uniwersytecie i Politechnice we Wrocławiu wszystkim i każdemu z osobna wiadomem czynimy, że Obywatel Ryszard Badura urodzony w Trzebini w album Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu Wydziału Medycyny Weterynaryjnej pracowicie wpisany został co własnoręcznie podpisem i pieczęcią Uniwersytetu i Politechniki w Naszej obecności zaświadczamy. Wrocław, dnia 9 miesiąca grudnia roku 1946”. Podpisano: rektor Stanisław Kulczyński, dziekan Zygmunt Markowski.
kbk